Godzina dwudziesta pięćdziesiąt trzy a ja czwarty raz wstawiam tą samą wodę na kawę. Pogrążam się w rozmyślaniach. A jeśli on znowu zrobi coś głupiego ? Może się naćpał bądź upił ?
Cały czas przed oczami pokazują mi się jakieś czarne scenariusze. Nie, Michael przestań tak myśleć, bądź dobrej myśli. Możliwe, że cały czas załatwia jakieś ważne rzeczy na mieście...
Pada deszcz, nawet pogoda ma już dość.
Gdy woda się wyłącza ja w końcu biorę czajnik w dłoń i zalewam kawę. Wzdycham ruszając do salonu.
Słyszę strzał, jeden drugi, trzeci. Żadna nowość.. w końcu mieszkam na totalnym zadupiu, gdzie co chwile ktoś strzela, albo popełnia samobójstwo.
Strzały stają się wyraźniejsze, jakby się zbliżały. Co to jakaś wojna ? Kręcę zrezygnowany głową i upijam łyk gorącego napoju. W tej samej chwili przypomniał mi się Chester, który pije praktycznie wrzątek. Na tę myśl mimowolnie się uśmiechnąłem.
Sięgnąłem po pilota i włączyłem telewizor.
Akurat wiadomości, no proszę.. ciekawe czego nowego się dowiemy...
Wszędzie nagłówki o takim samym temacie "Mike Shinoda i Chester Bennington", kolejny kanał "Czy Michael Shinoda jest gejem ?", gdy przełączyłem trzy kanały dalej zauważyłem, że leci jakiś serial, może dzięki temu zapomnę na chwilę o wszystkim.
- Przerywamy nasz program aby nadać informację na żywo. Na obrzeżach miasta w barze "66" doszło do strzelaniny, nie ma ofiar śmiertelnych, większość uciekła, jest kilku rannych, niestety bandyci pobiegli za ofiarami..." Dalej już nie słuchałem, gdyż zdziwił mnie widok jaki jest za reporterem. Stoi za nim Camaro, na dodatek to jest moje Camaro !
Kurwa... samochód jest, ale gdzie do cholery jasnej jest...
Moją myśl przerwało walenie do drzwi, nie był to normalny stukot kłykciami, a tak czy inaczej mam dzwonek, którym można zadzwonić.
Wstałem szybko z kanapy. Walenie było coraz mocniejsze, jak by ktoś na prawdę potrzebował tutaj wejść.
Pobiegłem do drzwi odkluczając je.
Widok jaki za nimi zastałem zamurował mnie.
Przez chwilę czułem się jak w innym świecie. Czas się zatrzymał. Stoi przede mną człowiek, który wygląda jak siedem nieszczęść.
Opada wręcz w moje ręce, widać, że nie ma siły.
Co do cholery mu się stało ?
Zatrzasnąłem szybko drzwi nogą i chciałem zaprowadzić mężczyznę do salonu jednak on cicho powiedział:
- Do łazienki, błagam... - te słowa były prawe nieme. Nie wiem jakim cudem one dotarły do moich uszu.
Uczyniłem to o co prosił, zaprowadziłem go do pomieszczenia a sam stałem i czekałem aż stamtąd.
Cały czas przed oczami pokazują mi się jakieś czarne scenariusze. Nie, Michael przestań tak myśleć, bądź dobrej myśli. Możliwe, że cały czas załatwia jakieś ważne rzeczy na mieście...
Pada deszcz, nawet pogoda ma już dość.
Gdy woda się wyłącza ja w końcu biorę czajnik w dłoń i zalewam kawę. Wzdycham ruszając do salonu.
Słyszę strzał, jeden drugi, trzeci. Żadna nowość.. w końcu mieszkam na totalnym zadupiu, gdzie co chwile ktoś strzela, albo popełnia samobójstwo.
Strzały stają się wyraźniejsze, jakby się zbliżały. Co to jakaś wojna ? Kręcę zrezygnowany głową i upijam łyk gorącego napoju. W tej samej chwili przypomniał mi się Chester, który pije praktycznie wrzątek. Na tę myśl mimowolnie się uśmiechnąłem.
Sięgnąłem po pilota i włączyłem telewizor.
Akurat wiadomości, no proszę.. ciekawe czego nowego się dowiemy...
Wszędzie nagłówki o takim samym temacie "Mike Shinoda i Chester Bennington", kolejny kanał "Czy Michael Shinoda jest gejem ?", gdy przełączyłem trzy kanały dalej zauważyłem, że leci jakiś serial, może dzięki temu zapomnę na chwilę o wszystkim.
- Przerywamy nasz program aby nadać informację na żywo. Na obrzeżach miasta w barze "66" doszło do strzelaniny, nie ma ofiar śmiertelnych, większość uciekła, jest kilku rannych, niestety bandyci pobiegli za ofiarami..." Dalej już nie słuchałem, gdyż zdziwił mnie widok jaki jest za reporterem. Stoi za nim Camaro, na dodatek to jest moje Camaro !
Kurwa... samochód jest, ale gdzie do cholery jasnej jest...
Moją myśl przerwało walenie do drzwi, nie był to normalny stukot kłykciami, a tak czy inaczej mam dzwonek, którym można zadzwonić.
Wstałem szybko z kanapy. Walenie było coraz mocniejsze, jak by ktoś na prawdę potrzebował tutaj wejść.
Pobiegłem do drzwi odkluczając je.
Widok jaki za nimi zastałem zamurował mnie.
Przez chwilę czułem się jak w innym świecie. Czas się zatrzymał. Stoi przede mną człowiek, który wygląda jak siedem nieszczęść.
Opada wręcz w moje ręce, widać, że nie ma siły.
Co do cholery mu się stało ?
Zatrzasnąłem szybko drzwi nogą i chciałem zaprowadzić mężczyznę do salonu jednak on cicho powiedział:
- Do łazienki, błagam... - te słowa były prawe nieme. Nie wiem jakim cudem one dotarły do moich uszu.
Uczyniłem to o co prosił, zaprowadziłem go do pomieszczenia a sam stałem i czekałem aż stamtąd.
*Chester*
Ledwo opieram się rękoma o umywalkę, mam dość tego dnia...
Patrzę w lustro próbując dostrzec człowieka odbitego w nim, jednak ja nawet samego siebie nie jestem w stanie poznać.
Mam zadrapaną twarz, krwawię z kilku ran ciętych jednak to teraz jest najmniej ważne, nie obchodzi mnie moja morda.
Wyjmuję telefon z kieszeni i widzę w nim dziurę, która jest prawie na wylot. Dlaczego prawie ?
Tkwi w nim jeden z pocisków.
Bez większego zastanowienia zdejmuję czarną koszulkę i patrzę na swoje żebra.
Niech by to ich szlag trafił !
Nie wiem jak ja tutaj dobiegłem, prawdopodobnie adrenalina, która we mnie buzowała pomogła mi w dotarciu do Mike'a.
Dotykam rany i cicho syczę, jest ona po nożu. Oberwałem nim między żebra. Nie wygląda to ciekawie, ale nie mam zamiaru jechać do szpitala.
Obmywam to miejsce wodą z mydłem i czuję jak nogi się pode mną uginają. Ból jest niesamowity.
Chcę krzyczeć, ale tego nie zrobię, nie chcę denerwować Shinody.
Sięgam po koszulkę i zakładam ją.
Wychodzę z pomieszczenia wpadając na mojego zbawiciela.
Sadza mnie na kanapę po czym każe mi wszystko mówić.
- Co chcesz konkretnie wiedzieć ? - mówię cicho sycząc i chwytając się za bok.
- Gdzie ty byłeś, co się stało, dlaczego nie odbierałeś telefonu ?! - krzyczy. Cholera człowieku ciszej proszę, głowa mi pęka.
- Telefon się rozładował, a teraz wygląda tak... - rzucam Samsungiem prosto na ławę. Przerażenie Spike'a jest nie do opisania - byłem u Sebastiana, musiałem podpisać zgodę na hospitalizację, spokojnie nic mu nie będzie - cicho się zaśmiałem lecz to pogorszyło moją sytuację. Bok zaczyna boleć coraz bardziej. Sycze mimowolnie.
- Co się dzieje, Chester, popatrz na mnie.. - słyszę jego głos ale nie mogę umieść głowy. Ból jest potężny, nie mam pojęcia jakim prawem tego wcześniej nie czułem.
- Wszystko w porządku, nie przejmuj się - szeptam - a stało się.. hmm. Pomijając fakt napaści na mnie przez starych kumpli to nic - siedzę skulony, tak niweluję chociaż odrobinę ból. Nie chcę mówić co tam dokładnie się stało.
Kogo to interesuje, że przez przypadek przywaliłem jednemu z dziennikarzy, a później się okazało, że on jest po prostu oszustem i nasłał na mnie swoich kolegów, którzy kiedyś też byli moimi kolegami..
Oczywiście przed tym wszystkim zrobiłem kilka ważnych rzeczy, między innymi skontaktowałem się ze szklarzem, ubezpieczycielem i o godzinie osiemnastej zajechałem do baru.
Piłem ale nie drinki tylko wodę, nie chciałem się upić, bo miałem nadzieję, że pojadę do domu i odpocznę. Jednak tak się nie stało.
O dwudziestej wypiłem trzy szoty, a później przyszli moi "kumple". Chcieli we mnie początkowo wcisnąć zioło ale im odmówiłem, a później toczyło się tak wszystko, że nawet nie zauważyłem kiedy ich nóż wylądował pomiędzy moimi żebrami.
- Spójrz i powiedz mi to prosto w oczy - warknął.
Ja na to nie zareagowałem, bo w tym momencie urwał mi się film.
Patrzę w lustro próbując dostrzec człowieka odbitego w nim, jednak ja nawet samego siebie nie jestem w stanie poznać.
Mam zadrapaną twarz, krwawię z kilku ran ciętych jednak to teraz jest najmniej ważne, nie obchodzi mnie moja morda.
Wyjmuję telefon z kieszeni i widzę w nim dziurę, która jest prawie na wylot. Dlaczego prawie ?
Tkwi w nim jeden z pocisków.
Bez większego zastanowienia zdejmuję czarną koszulkę i patrzę na swoje żebra.
Niech by to ich szlag trafił !
Nie wiem jak ja tutaj dobiegłem, prawdopodobnie adrenalina, która we mnie buzowała pomogła mi w dotarciu do Mike'a.
Dotykam rany i cicho syczę, jest ona po nożu. Oberwałem nim między żebra. Nie wygląda to ciekawie, ale nie mam zamiaru jechać do szpitala.
Obmywam to miejsce wodą z mydłem i czuję jak nogi się pode mną uginają. Ból jest niesamowity.
Chcę krzyczeć, ale tego nie zrobię, nie chcę denerwować Shinody.
Sięgam po koszulkę i zakładam ją.
Wychodzę z pomieszczenia wpadając na mojego zbawiciela.
Sadza mnie na kanapę po czym każe mi wszystko mówić.
- Co chcesz konkretnie wiedzieć ? - mówię cicho sycząc i chwytając się za bok.
- Gdzie ty byłeś, co się stało, dlaczego nie odbierałeś telefonu ?! - krzyczy. Cholera człowieku ciszej proszę, głowa mi pęka.
- Telefon się rozładował, a teraz wygląda tak... - rzucam Samsungiem prosto na ławę. Przerażenie Spike'a jest nie do opisania - byłem u Sebastiana, musiałem podpisać zgodę na hospitalizację, spokojnie nic mu nie będzie - cicho się zaśmiałem lecz to pogorszyło moją sytuację. Bok zaczyna boleć coraz bardziej. Sycze mimowolnie.
- Co się dzieje, Chester, popatrz na mnie.. - słyszę jego głos ale nie mogę umieść głowy. Ból jest potężny, nie mam pojęcia jakim prawem tego wcześniej nie czułem.
- Wszystko w porządku, nie przejmuj się - szeptam - a stało się.. hmm. Pomijając fakt napaści na mnie przez starych kumpli to nic - siedzę skulony, tak niweluję chociaż odrobinę ból. Nie chcę mówić co tam dokładnie się stało.
Kogo to interesuje, że przez przypadek przywaliłem jednemu z dziennikarzy, a później się okazało, że on jest po prostu oszustem i nasłał na mnie swoich kolegów, którzy kiedyś też byli moimi kolegami..
Oczywiście przed tym wszystkim zrobiłem kilka ważnych rzeczy, między innymi skontaktowałem się ze szklarzem, ubezpieczycielem i o godzinie osiemnastej zajechałem do baru.
Piłem ale nie drinki tylko wodę, nie chciałem się upić, bo miałem nadzieję, że pojadę do domu i odpocznę. Jednak tak się nie stało.
O dwudziestej wypiłem trzy szoty, a później przyszli moi "kumple". Chcieli we mnie początkowo wcisnąć zioło ale im odmówiłem, a później toczyło się tak wszystko, że nawet nie zauważyłem kiedy ich nóż wylądował pomiędzy moimi żebrami.
- Spójrz i powiedz mi to prosto w oczy - warknął.
Ja na to nie zareagowałem, bo w tym momencie urwał mi się film.
*Mike*
Nie wiem co się dzieje, on mi nic konkretnego nie powiedział. Widzę tylko, że ktoś go okaleczył.
Gdy zemdlał dostrzegłem na jego dłoni krew, dużo krwi..
Zdenerwowałem się. Podciągnąłem mu koszulkę i zobaczyłem rozległą ranę.
Łzy napłynęły mi do oczu, chciałem zacząć panikować ale ogarnąłem się i zadzwoniłem po pomoc.
Przez ten czas zanim przyjechała karetka starałem się go ocucić.
Jego klatka piersiowa cały czas się lekko unosiła.
Gdy ratownicy weszli do pomieszczenia zajęli się nim. Oczywiście ruszyłem z nim do szpitala. Musiałem tam jechać. Przez całą drogę trzymałem jego dłoń, czułem się wtedy trochę lepiej. Zauważyłem, że jeden z mężczyzn siedzących tutaj patrzy na mnie z byka. Nie reagowałem na niego.
Napisałem sms'a do Dave'a, że jestem w szpitalu wraz z Chesterem. On o dziwo odpisał bardzo szybko, że zaraz tam będzie i przy okazji da znak reszcie i przyjadą.
Po dziesięciu minutach podróży dotarliśmy przed budynek.
Wyszedłem z karetki, a ratownicy zabrali na noszach Chaza. Boję się o niego ma płytki oddech i na dodatek nic mi praktycznie nie powiedział.
Zatrzymano mnie przed drzwiami prowadzonymi do sali operacyjnej.
Westchnąłem. Wiem, że nie mogę tam wejść ale boję się o tego idiotę.
- Mike - znajomy głos dociera do moich uszu, to Dave - co z nim ?
- Rana kłuta, nie mam pojęcia co się stało. Ogólnie wygląda jak nieszczęście.
Mam dość tych przygód na dzisiaj.
- Ja pierdole...
- Chciałem powiedzieć to samo jak go zobaczyłem, ale nie mogłem.
Gdy zemdlał dostrzegłem na jego dłoni krew, dużo krwi..
Zdenerwowałem się. Podciągnąłem mu koszulkę i zobaczyłem rozległą ranę.
Łzy napłynęły mi do oczu, chciałem zacząć panikować ale ogarnąłem się i zadzwoniłem po pomoc.
Przez ten czas zanim przyjechała karetka starałem się go ocucić.
Jego klatka piersiowa cały czas się lekko unosiła.
Gdy ratownicy weszli do pomieszczenia zajęli się nim. Oczywiście ruszyłem z nim do szpitala. Musiałem tam jechać. Przez całą drogę trzymałem jego dłoń, czułem się wtedy trochę lepiej. Zauważyłem, że jeden z mężczyzn siedzących tutaj patrzy na mnie z byka. Nie reagowałem na niego.
Napisałem sms'a do Dave'a, że jestem w szpitalu wraz z Chesterem. On o dziwo odpisał bardzo szybko, że zaraz tam będzie i przy okazji da znak reszcie i przyjadą.
Po dziesięciu minutach podróży dotarliśmy przed budynek.
Wyszedłem z karetki, a ratownicy zabrali na noszach Chaza. Boję się o niego ma płytki oddech i na dodatek nic mi praktycznie nie powiedział.
Zatrzymano mnie przed drzwiami prowadzonymi do sali operacyjnej.
Westchnąłem. Wiem, że nie mogę tam wejść ale boję się o tego idiotę.
- Mike - znajomy głos dociera do moich uszu, to Dave - co z nim ?
- Rana kłuta, nie mam pojęcia co się stało. Ogólnie wygląda jak nieszczęście.
Mam dość tych przygód na dzisiaj.
- Ja pierdole...
- Chciałem powiedzieć to samo jak go zobaczyłem, ale nie mogłem.
Mijały minuty, które dla mnie ciągnęły się niczym godziny, cała reszta zdążyła przyjechać, a ja tylko czekałem na jakieś wieści.
Oby mu nic nie było...
Po dobrej godzinie lekarze wyszli z sali. Jeden z nich podszedł do mnie.
- Michael Shinoda ?
- Tak, to ja - uniosłem na niego wzrok.
- Mogę prosić pana na bok ? - zapytał.
- Oczywiście.
Wstałem z krzesła i odszedłem kawałek wraz z lekarzem, w tym samym czasie kątem oka zobaczyłem, że przewożą Chestera na sale. Poczułem jego dłoń na mojej ale tylko przez chwilę.
- A więc mamy powiadomić jaki jest stan. Otóż zaszyliśmy ranę między żebrami jak i łuk brwiowy, do tego mogę powiedzieć, że pacjent miał wiele szczęścia, gdyż rana nie uszkodziła płuc ani żadnego narządu.
Nagle wszystkie złe emocje ze mnie uciekły, byłem szczęśliwy, że nie stało się nic poważniejszego.
- Dodatkowo pan Bennington prosił aby pan do niego przyszedł.
Skinąłem tylko głową i podziękowałem za informację.
Bez większego zastanowienia ruszyłem od sali, gdzie leżał Chaz.
- Mikey - usłyszałem cichy zachrypnięty głos.
Usiadłem na fotelu, który stał obok łóżka i chwyciłem jego dłoń.
- Dziękuję... - wyszeptał i lekko się uśmiechnął.
Nie mogłem się powstrzymać, pocałowałem go.
- Nie rób mi tak więcej, ja od zmysłów odchodziłem..
W tej chwili wszedł do sali Brad.
No i kurwa będzie cyrk...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz