piątek, 30 czerwca 2017

Ogłoszenie

Chciałam zaprosić na taką małą historyjke..
Szczerze?
Jest moja ale chciałam taki czysty start... :)
Pozdrawiam

Uważam, że ta opowieść ci się spodoba: " O krok za daleko... autorstwa Buntownik99 na Wattpad http://my.w.tt/UiNb/u1zHGtLfpE

sobota, 27 maja 2017

#17

Wchodząc do pojazdu nie spodziewałem się tego, że na kogoś wpadnę. Chcąc opierniczyć Setha, który jest naszym kierowcą uniosłem lekko głowę i dostrzegłem Delsona.
Byłem w szoku, już bym się nawet Myszki Miki spodziewał, ale nie jego.
- Chcesz mi nadal wypominać, że mam się leczyć ? - marszczę brwi.
- Nie, chcę jechać w trasę gdyż nie wybaczyłbym sobie tych wszystkich zawiedzionych fanów. A wracając do ciebie, to chyba się już z tym pogodziłem.
- Poważnie ? - jakoś mu nie ufam.
- Tak, choć i tak najchętniej posłałbym was do psychiatry...
- Oj Delson. Porozmawiaj lepiej z Shinodą - rzekłem kładąc mu dłoń na ramieniu, po czym udałem się na koniec autobusu.
*Mike*
Gdy zobaczyłem Brada, otworzyłem szerzej oczy.
- Michael, nadal ci tego wszystkiego nie wybaczyłem, ale nie chcę żadnych kłótni.
- Kpisz teraz sobie ze mnie ?
- Nie. To co, zgoda ?  - wyciągnął dłoń w moją stronę, a ja dopiero przed chwilą zorientowałem się, że Dave wychyla się zza drzwi pojazdu i nas woła. Zignorowałem jego wyciągniętą rękę.
Z chęcią przespania się w drodze na lotnisko chciałem zająć tył, ale moim oczom ukazał się zwinięty w kłębek Chester wraz ze słuchawkami.
Usiadłem więc jedno miejsce przed nim i próbowałem zasnąć, jednak nic z tego.
***
Gdy już każdy z nas zajął miejsce w samolocie, mogłem się odprężyć i zacząć rozmyślać nad kilkoma sprawami.
Oparłem głowę o okno i zacząłem patrzeć na chmury, które ciągnęły się kilometrami.
Chester siedział za mną, ponieważ stwierdził, że chce się wyspać zanim dolecimy na miejsce.
Ja przynajmniej mam czas na to aby pomyśleć dlaczego on nie chciał jechać w trasę.
Patrząc tak w przestrzeń pomyślałem o Sebastianie, ale nigdy się nim jakoś specjalnie nie przejmował.
To wszystko jest chore.
Podpieram się jedną ręką i czuję jak moje powieki stają się coraz cięższe.
***
Ze snu obudziły mnie zimne dłonie, które spoczywały na moich policzkach.
- Hmmm ? - mruczę cicho nie otwierając zaspanych oczu.
- Zaraz lądujemy śpiąca królewno - słyszę jego cichy głos i czuję jak miejsce obok mnie się ugina pod ciężarem człowieka.
Nie zdążyłem zareagować, gdyż poczułem usta Chestera na swoich. Odwzajemniłem pocałunek, który był bardzo zmysłowy i czuły.
- Przestań - mówię cicho kładąc na jego ramieniu rękę.
- Dlaczego ? - pyta przerywając tę chwilę.
- Ponieważ jesteśmy w samolocie i jest nas trochę dużo.
- To rozumiem, że kończymy w hotelu ? - wyszczerzył ząbki.
- Jesteście ohydni - głos Brada rozniósł się echem.
- Żebyś ty zaraz nie był - Chester raczej nie jest zachwycony z komentarza Delsona. Czułem jak mięśnie Benningtona się spinają, co oznacza jego zirytowanie.
- Nie ma sensu, odpuść... - mówię cicho.
Mężczyzna tylko kiwa lekko głową i wzdycha.
Brad wywraca oczami i postanawia nie drążyć tej rozmowy.
***
Gdy już byliśmy na ziemi i wysiedliśmy z samolotu, zorientowałem się, że tutaj jest cholernie zimno, a ja nie wziąłem żadnej bluzy aby teraz zarzucić ją na ramiona.
Patrząc na kumpli zauważyłem, że wszyscy mają przy sobie przynajmniej cieką kurtkę. Brawo Mike, zawsze o czymś zapomnisz.
Zabierając swoje rzeczy ruszyłem zgęziały do budynku, nie mam ochoty dalej tutaj marznąć.
Teraz wystarczy zaczekać na transport...
- Trzymaj - słysząc ten głos odwracam się i zauważam Chestera, który podaje mi bluzę.
- Dzięki - mówię szybko ją zakładając.
Dlaczego Chazz musi być tak szeroki w łapach ? Przez to, ta bluza po prostu na mnie wisi.
Nie orientuję się nawet kiedy Bennington łapie mnie w pasie.
Uduszę go kiedyś i to na dodatek własnymi rękoma.
- Chester, wiesz, że zaraz ponownie będziemy w gazetach, prawda ?
- Przeszkadza ci to ?
Spojrzałem na niego lekko unosząc brew.
- Nie mam ochoty być wspominanym znowu w nagłówkach...
On nic nie odpowiedział, tylko zabrał swoją ciepłą dłoń z mojego ciała. Podejrzewam, że nie był zadowolony z tego.
*Chester; dwie godziny później*
Mam dość, jestem wykończony samą tą podróżą, a czeka nas jeszcze jakiś głupkowaty wywiad i spotkanie z fanami.
Jedziemy do hotelu, siedzę sam na tylnej kanapie autobusu i zastanawiam się czy nie iść do Mike'a.
On w sumie słucha czegoś będąc opartym o szybę.
Najchętniej bym mu w tym przeszkodził, ale coś mi mówi aby nie przeszkadzać.
***
Patrząc na wejście hotelu, to nie zachwyca, on jest taki zwykły.
Z szerokim uśmiechem wita nas cała obsługa tego miejsca, tylko czy ktoś mi wytłumaczy, dlaczego oni mają może po osiemnaście lat ?
Dostaliśmy sześć pokoi, co mi się nie uśmiechało. Chociaż z drugiej strony i tak pewnie pójdę do Mike'a.
Sam taszczę walizkę na piętro, gdyż nie mam ochoty aby czekać za windom.
Pokoje z numerami od jeden do sześć należą do nas.
Mój ma numer trzy więc wchodzę do niego bez większego zastanowienia i rzucam walizkę w kąt.
Udałem się do łazienki w calu opłukania twarzy, lecz gdy stanąłem przed lustrem zobaczyłem człowieka, który odjechał od syna, jak by chciał się pozbyć kłopotu. Wzdycham ciężko i przemywam się chłodną wodą.
Gdy unoszę wzrok zauważam Mike'a.
- Powiedz mi, co się z tobą dzisiaj dzieje..
W jego głosie słychać troskę i zmartwienie, ale czy jest sens martwić go bardziej ?
- Nie ważne.
- Chester..
- Nie nalegaj - warczę odwracając się do niego.
- Chcę pomóc.
- Nie da się, rozumiesz ? Jest jedno rozwiązanie ale czy to ma sens ? Jak dla mnie nie, wolałbym od razu zginąć.
- Masz na myśli Sebastiana ?
- Kurwa, tak. Ma raka, koniec tematu.
Spojrzałem na Spike'a, któremu trochę opadła szczęka, po czym po prostu wyszedłem z budynku. Mam dość.
Kilka metrów od hotelu jest park, więc stwierdziłem, że tam się udam.
Usiadłem na oparciu ławki jak jakiś dzieciak i zapaliłem papierosa.
Patrząc na tych szczęśliwych ludzi z dzieciakami uświadomiłem sobie, że w życiu mojego syna byłem praktycznie cały czas nieobecny.
Zawsze miałem wymówkę, co czasami doprowadzało go do białej gorączki.
- Gdzie się szlajasz ? - usłyszałem głos Farrella za sobą.
- Musiałem pomyśleć.
- Wiesz, że Mike się denerwuje, po co wychodzisz bez słowa ?
- Czasami jest lepiej iść i nikomu nic nie mówić.
- Chodź, wywiad mamy zaraz.
***
Bla bla bla... mam po uszy tych pytań.
Większość jest o mnie i Mike'a. Kilka pytań pojawiło się o trasę i to tyle. Super wywiad.
Teraz tylko szybkie spotkanie z fanami.
Wchodząc na wyznaczony teren uśmiechnąłem się mimowolnie.
Nie było jakiejś wielkiej ilości osób, ale przynajmniej kogoś można ucieszyć z głupiego podpisu, bądź fotki.
Zrobiliśmy co mieliśmy do zrobienia. Gdy ktoś prosił mnie i Mike'a o zdjęcie, robiliśmy głupie miny i zachowywaliśmy się jak dzieci.
***
Wróciliśmy do hotelu po godzinie. Miałem dość tego dnia.
Wziąłem szybki prysznic i poszedłem do Shinody. Nie mam zamiaru spać samemu.
Wchodząc do pomieszczenia zauważyłem, że on siedzi w łazience, więc położyłem się na łóżku i czekałem aż wyjdzie.
Po dziesięciu minutach zauważyłem go w samych dresach i z głupią miną na twarzy.
- Rozumiem, że po domu też chodzisz bez koszulki ? - uniosłem lekko brwi.
- Ja nie zdejmuje koszulek przy pierwszej lepszej okazji, jak ty.
- Sugerujesz, że ja bym najchętniej wszędzie tak chodził ?
- Może - z diabelskim uśmiechem opiera się o futrynę.
Podchodzę do niego kładąc mu na biodrach dłonie i opierając czoło o jego.
- Chazzy...
Chciał mi coś powiedzieć, ale ja uciszyłem go głębokim pocałunkiem.
Brakuje mi go coraz bardziej, pragnę jego bliskości jak nigdy.
Przenieśliśmy się na łóżko, ale gdy chciałem dalej przejmować inicjatywę spotkałem się z znakiem stop.
Dłonie Mike'a spoczywały na mojej klatce piersiowej, a jego głowa była odwrócona w bok.
- O co chodzi ?
Na jego twarzy pojawił się tylko lekki uśmiech i nagle znalazłem się pod nim.
- Teraz możemy się zabawić.. - szepnął mi do ucha przygryzając po chwili płatek...

czwartek, 27 kwietnia 2017

#16

*Brad*
Siedzę w domu, na kanapie i patrzę jak po raz kolejny wibruje mi telefon. Tym razem dzwoni Robert.
Ile razy jeszcze będziecie się dobijać ?
Chłopaki już dawno powinni zrozumieć, że nie przyjdę. Mam dość kłamstw. Mike'a znam od kilkunastu lat i dopiero teraz się dowiaduję, że jest homoseksualny. Jestem ciekaw ile czasu reszta trzymała to w tajemnicy.
Gdy komórka skończyła swój recital, mogłem zobaczyć dwucyfrową liczbę z nieodebranymi połączeniami od Farrella, Hahn'a i Broudona. Miło, że Shinoda sam nie umie zadzwonić i wyjaśnić mi wszystkiego.. Nienawidzę go...
Może jak by przeprosił, to bym mu wybaczył, ale nie po co zadzwonić czy napisać. On ma to po prostu w dupie.
*Mike*
Patrzę na Chestera, który kręci się przy gitarach. Czyżby chciał coś zagrać ?
Gdy chwyta mój ukochany instrument, wstaję od razu i zabieram mu go.
- Nie będziesz mi niszczył mojego skarbeńka - mówię cicho patrząc na biało - niebieską gitarę, która jest idealnie nastrojona.
- Czyli gitara jest twoim skarbeńkiem, tak ? - Bennington skrzyżował ręce na piersi i uniósł lekko brew.
- Wiesz o co mi chodzi - wywróciłem oczami i odłożyłem sprzęt na swoje miejsce.
- Zacznijmy tą próbę i miejmy, to z głowy, bo aktualnie przez ciebie tracimy czas. - syknął.
Co go gryzie ? On się nigdy tak nie zachowywał. Stoję jak wryty na przeciwko niego i patrzę mu w oczy, a jedyne co udaje mi się dostrzec, to pustka i złość. 
Chazz sprawnie mnie wyminął i stanął przed mikrofonem. Mój wzrok powędrował za jego sylwetką, ale on nawet nie popatrzył na mnie. 
Pokręciłem zrezygnowany głową po czym byłem gotowy do próby. 
***
- Panowie, widzimy się jutro o godzinie piątej. Wszyscy macie być punktualnie. 
To ostatnie słowa jakie zdołałem usłyszeć od Chestera. Przez całą próbę nie odezwał się do mnie ani słowem, był nieobecny. 
Wybiegł ze studia i tyle go widziałem. 
- A temu co odbiło ? - zapytał Dave kładąc mi dłoń na ramię. 
- Nie mam bladego pojęcia stary... - westchnąłem. 
*Chester* 
Biegnę przez ulicę i nie zwracam uwagi na nic. Kilka fanek mnie chciało zatrzymać, jednak ja po prostu spuściłam głowę w dół i udałem się dalej. 
Szpital. Teraz tylko to mnie interesuje. Chcę dowiedzieć się wszystkiego. 
Gdy tylko przekroczyłem próg od razu zostałem zaciągnięty na stronę przez lekarza. 
Był to starszy ode mnie mężczyzna z zarostem, który podpierał się laską. 
Witać było, że to poważny człowiek. 
- Mogę wiedzieć o co chodzi ? 
- Pana syn ma raka... - lekarz usiadł w fotelu opierając nogi na biurku. 
Chwila co... w tej chwili świat legł w gruzach. Nie mam pojęcia co robić, a moje nogi coraz bardziej przypominają watę. 
Chwyciłem się oparcia krzesła i wziąłem głęboki wdech. 
- Czy to jest pewne ? 
- Śmie pan wątpić we mnie ? 
- Nie, po prostu nie wierze...
- Niech pan idzie porozmawiać z synem. 
Skinąłem tylko głową i udałem się w stronę sali. 
- Cześć - powiedziałem wchodząc do Sebastiana. 
On miał czerwone oczy, pewnie od łez. 
- Jak tam ? - pytam niepewnie. 
- Chujowo...przecież, to będzie koniec dla mnie. 
- Nie mów tak. 
-Ale taka jest prawda - mówi kręcąc głową. 
***
Siedziałem z nim do późnej godziny. Nie odbierałem żadnego telefonu. Mike dobijał się co pięć minut, a co pół godziny próbował dodzwonić się Dave. Nie mam najmniejszej ochoty się tłumaczyć. 
Gdy skończył się czas odwiedzin, powiedziałem Sebastianowi, żeby się trzymał i jutro odbierze go ze szpitala matka Mike'a.
Chciałbym zostać ale nie odwołam tak nagle trasy. 
Wychodząc z budynku nie sądziłem, że pada. Czy na prawdę nawet pogoda ma mnie dość ? 
Trudno, najwyżej zmoknę. 
Ruszam wolnym krokiem w stronę domu, mając głowę wysoko w chmurach. Rozmyślam o przyszłości, ile czasu mogło jeszcze zostać ? Chciałbym wiedzieć wszystko, ale wiem, że niestety to niemożliwe. 
W pewnej chwili oślepiają mnie światła samochodu. 
Ktoś na mnie trąbi. O co temu pajacowi chodzi. 
- Chester ! - ten głos był mi znajomy, aż za bardzo. 
Stanąłem na środku chodnika i patrzę się na Camaro. 
- Idziesz czy mam cię zaciągnąć siłą ? 
Bez odpowiedzi wsiadłem na miejsce pasażera. 
- Debilu, wiesz jak ja się o ciebie martwiłem ? 
Milczę, patrzę w dywanik pod moimi nogami i zastanawiam się czy to wszystko ma jakiś sens.
Mike nie zjawił się tutaj przypadkiem. Jak nic mnie szukał. Napędziłem mu stracha, to fakt. Nie odzywałem się do niego przez cały dzień.
- Dowiem się co jest ? - pyta.
Ja odpowiadam tylko kręcąc przecząco głową. Nie chcę aby wiedział. On nie musi się martwić. Ja zaraz włożę maskę i nikt nic nie pozna, a on będzie to przeżywał.
- Możesz ruszyć, chciałbym już być w domu.
Mężczyzna siedzący za kierownicą wykonał moje polecenie. Nie musiałem nawet się o to prosić.
***
Godzina dwudziesta trzecia piętnaście, a my dotarliśmy pod dom.
Weszliśmy do mieszkania i bez większego zastanowienia poszedłem zrobić sobie jakąś ciepłą herbatę.
- Jesteś w domu, to myślę, że mogę już jechać - uśmiechnął się delikatnie Shinoda i chciał się wycofać do wyjścia.
- Zostań ze mną, błagam - rzekłem prawie łamiącym się głosem. - coś do picia ? - zapytałem po chwili.
- Jak robisz, to może być.
Zrobiłem dwa kubki gorącej herbaty. Stwierdziliśmy, że pójdziemy na górę, bo i tak muszę się spakować.
Odstawiłem swój kubek na którym był duży napis "VIP" na stolik po czym udałem się do łazienki by pozbyć się przemoczonych ubrań oraz się ogarnąć.
Stojąc przed lustrem zastanawiałem się, z jakiej ja choinki się urwałem. Wyglądam jak bym miał dobre pięćdziesiąt lat, a to tylko z powodu dręczących mnie myśli.
Wychodzę z pomieszczenia po kilku minutach.
Stając w drzwiach prowadzących do sypialni zastanawiam się co ze sobą zabrać. Nienawidzę się pakować...
Podchodzę do szafy i wyciągam z niej walizke oraz ubrania.
Pamiętaj Chester weź tylko te najważniejsze rzeczy.
Gdy już upchnąłem wszystko do torby usiadłem na środku pokoju i westchnąłem patrząc w ścianę.
- Co się z tobą dzisiaj dzieje ? - czuję jego dłonie na moim brzuchu, oraz brodę na ramieniu.
- Tak cholernie mi się nie chce jechać.
- Jak to ? Przecież się cieszyłeś na ten wyjazd.
- Może i tak, ale wszystko się po prostu jebie..
- Co masz na myśli ?
- Nie ważne.
Nie chce aby Mike wiedział o tym, bo kazał by mi to wszystko odwoływać.
- Chodź, bo nie wstaniesz - on wstał i podał mi rękę abym podniósł się z podłogi.
Chwyciłem jego dłoń i lekko się uśmiechnąłem.
Shinoda zaciągnął mnie dosłownie na łóżko i patrzył mi w oczy unosząc lekko brew.
- Hmmm ? - mruczę cicho.
Spike nic nie odpowiedział, a złączył nasze usta w pocałunku.
Czy on chce mnie jakoś pocieszyć ? Nie za bardzo uśmiecha mi się ten pomysł.
Zarzuciłem mu ręce na szyję i pogłębiłem pocałunek.
Może faktycznie brakuje mi bliskości z jego strony ?
Mężczyzna położył mnie na łopatki i kontynuował.
- Michael my za kilka godzin wstajemy - mówię cicho, w krótkiej przerwie.
- Wiem, więc siedź cicho...
Dlaczego czasami on jest tak uparty ?
Jego ciało jest coraz bliżej mnie, czuję jego wzwód przez spodnie.
- Postaraj się nie palić, co ?
- Niby czemu ?
- Ponieważ ja mam smak tytoniu w ustach..
- Marudzisz - wyszczerzyłem się i zamknąłem mu paszczę pocałunkiem.
***
Noc jakoś przeżyłem, choć z Mike'iem w jednym łóżku jest ciężko.
- Wstawaj, za chwile musimy wyjechać - mówię  przeciągając się.
- Kurwa, jak mi się nie chce - Shinoda bez większego zastanowienia zakrył głowę poduszką.
- Mówiłem żeby darować sobię tą noc.
- Później by nie było okazji.
- Jak nie ? - marszczę brwi.
- Chyba w autobusie.. - mruczy, ale ledwo da się go zrozumieć.
Wstałem z łóżka po czym poszedłem do łazienki i ubrałem wygodne ubrania na podróż.
Gdy ja zajmowałem się jeszcze swoim paskiem, Mike zrobił w tym czasie kawe i szybkie śniadanie.
Nie ma to jak jedzenie i picie na szybko.
Shinoda oczywiście swoją walizke wozi w samochodzie od dwuch dni, więc nie musimy nigdzie po nią jechać.. na szczęście.
Zabierając wszystkie rzeczy, wsiedliśmy do pojazdu i ruszyliśmy pod studio.
Czekała tam już na nas grupka przyjaciół, prócz jednego.
Na tę myśl pokręciłem głową i chciałem szybko wsiąść do autobusu aby zająć sobie dobre miejsce, lecz na kogoś wpadłem...

wtorek, 18 kwietnia 2017

#15

Dlaczego ten człowiek się mnie nie słucha ? Ja chcę dla niego dobrze, a on po prostu to olewa.  Czy moje zdanie się tutaj w różnych kwestiach nie liczy ?
Aktualnie leżę przygnieciony ciężarem Chaza na łóżku, do którego zostałem przyniesiony siłą. Mężczyzna ewidentnie czegoś chce, ale ja mu tego nie dam.
Gdy jego wargi zaczynają się zbliżać do moich odwracam głowę.
- Mikey... - jego głos jest delikatny.
- Chester, możesz choć raz mnie posłuchać ? Ja chcę się wyspać. Praktycznie za chwile czeka nas trasa, a ja nie mam zamiaru być jak zombie. Daj mi zapomnieć o tym całym dniu i ty też idź spać.
- Ale...
- Nie. Nie ma żadnego ale.
Po krótkiej walce z rękoma Chaza, udaje mi się uwolnić z jego pułapki.
Stanowczym krokiem ruszyłem w stronę łazienki i stanąłem przed lustrem.
Dlaczego ty Shinoda nauczyłeś go tej pewności siebie i stanowczości, której teraz ci brakuje ?
Patrzę na swoje odbicie i moje myśli zaczynają wariować. Jestem nikim. Nie umiem się postawić, nie mam własnego zdania. Moje ciało jest jak marionetka, którą człowiek pociąga za sznurki, w tym przypadku jest to Chester.
Rozbieram się do bokserek i wracam z rzeczami złożonymi na kupkę do pokoju.
Dajcie mi w końcu spać...
Nie wierzę własnym oczom. Bennington śpi wtulony w poduszkę. Czyżby dotarło do niego, że nie jestem zabawką ?
Odłożyłem ubrania i położyłem się do łóżka. Nie minęła minuta, a czułem, że gorąca dłoń oplata mój brzuch. Nawet nie zorientowałem się kiedy znalazłem się w jego objęciach. Welcome to Hell. Dlaczego on musi być jak grzejnik ? Ja się ugotuję...
***
Otwierając rano zaspane oczy czuję chłód, którego nie powinno być.
Patrzę na drugą stronę łóżka, ale nie zauważam mężczyzny.
Przecieram twarz dłońmi i wstaje z miękkiego materaca udając się do szafy.
Próba dzisiaj wyjątkowo trochę później więc nic mi nie przeszkodzi w założeniu za dużej koszulki i dresów.
Przez chwilę się zastanawiałem gdzie mogło wywiać moją drugą połówkę, ale gdy poczułem zapach naleśników, to byłem przekonany, że kuchareczka w kuchni siedzi.
Z uśmiechem na twarzy zjechałem po poręczy i chwilę po tym byłem już w królestwie naleśników.
- Dzień dobry kuchciku - przytulam go od tyłu i szepczę do ucha.
- Widzę, że śpiąca królewna wstała - Chester odwrócił się w moją stronę i lekko musnął moje usta.
- A żebyś wiedział - uśmiechnąłem się i złożyłem na jego policzku szybki pocałunek.
Poczułem dłonie mężczyzny na moich biodrach, wiedziałem, że on liczy na coś więcej, oczekuje dobrego momentu, aby mnie zmanipulować. Przykro mi Chester nie wyjdzie ci to.
- Chyba naleśnik ci się przypala - mówię z uśmiechem czując lekki zapach spalenizny.
Tak na prawdę chciałem się tylko pozbyć jego dłoni z mego ciała, a to był najlepszy moment.
On bez większego zastanowienia odwrócił się do kuchenki aby przewrócić ciasto i po chwili wyłączyć gaz.
Sam poszedłem do salonu i obserwowałem co robi. Nie ma sensu stać na środku małego pomieszczenia zwanego kuchnią i mu przeszkadzać.
- Podano do stołu - z innego świata wyrwał mnie jego głos. Postawił talerz naleśników na stole wraz z syropem klonowym i nutellą.
Czekolada ! Wysmarowałem jeden placek ciasta czekoladą i zacząłem go jeść ze smakiem. Nie mam pojęcia czy ktoś robi lepsze śniadanie niż Chester, ale i tak postawiłbym go na pierwszym miejscu.
***
Gdy zjedliśmy praktycznie wszystko, mężczyzna usiadł koło mnie i lekko się uśmiechnął.
- Jesz jak dziecko, cały się ubrudziłeś - rzekł z lekkim uśmiechem na twarzy, po czym kciukiem przejechał przez moje wargi ścierając resztę kremu czekoladowego.
- Przynajmniej teraz słodki jesteś.
Nie zorientowałem się kiedy on złączył nasze usta w głębokim pocałunku. Tego cały ten czas próbowałem uniknąć. Jeśli czegoś nie wymyślę, zostanę tutaj pozbawiony ubrań i moja godność po raz kolejny pójdzie się jebać, dosłownie.
- Próba.. - udaje mi się powiedzieć słowo, które zostaje stłumione przez jego usta.
- Hmm ? - mruczy.
- Próbę zaraz mamy, zbieramy się. Po samochód muszę jeszcze iść, bo go zostawiłeś... - odpycham go dwiema rękami. Czuję ten przyśpieszony oddech, to szybsze bicie serca. Nie, nie pozwolę sobie na to. Przynajmniej nie teraz. 
- Mike, do próby jeszcze mamy czas.
- Nie... samochód jest dziesięć minut drogi stąd, a później dojazd, który też nie trwa sekundy tylko dobre dwadzieścia minut.
Mężczyzna patrzył mi w oczy. Jego wyrażały wręcz błaganie, a moje mówiły tylko "wybacz".
Zamknąłem powieki i odwróciłem głowę. Nie mogę na niego patrzeć.
Odepchnąłem go i ubrałem buty po czym wręcz wybiegłem z domu w ręce trzymając kluczyki.
Michael, co ty robisz.. Chester sam w końcu stwierdzi, że masz go dość. Olewasz go. Nie masz ochoty na nic.
On tego nie zrozumie, ja właśnie go niszczę od środka. Zawsze gdy coś chciał, to otrzymywał, a teraz ? Ja, człowiek, którego kocha, niszczy to wszystko mówiąc mu stop.
Nie patrząc na drogę wpadam prawie pod samochód. Oczywiście wyskakuje z niego jakaś ostro zirytowana blondynka, która wyzywa mnie od najgorszych kurw na świecie. Powiedzmy sobie szczerze... koło chuja mi to lata.
Docieram pod klub "66" widząc mój samochód szczerze się. Całe szczęście, że nikt nie był na tyle głupi aby je zniszczyć.
Takie auta, to wręcz zabytki.
Wsiadam do Camaro i odpalam silnik. Warkot jest cudowny, ale muszę jechać po Chestera, który został sam u mnie.
***
Dojeżdżając na miejsce trąbie. Nie mam ochoty wysiadać i prowadzić go wręcz za rączkę.
Bennington wychodzi w białej koszulce z jakimś napisem, jeansach, czapce z daszkiem i okularach przeciwsłonecznych.
Wsiada bez słowa i czeka abym ruszył.
- Przepraszam... - mówię po chwili patrząc na niego.
On zdejmuje ciemne szkła i unosi brew.
- Przepraszam za bycie dupkiem - wzdycham spuszczając wzrok.
- Przestań, rozumiem. Nie będę cię zmuszał do niczego. Dotarło do mnie, że to nie rozwiązanie - poczułem jego ciepłe dłonie na swojej brodzie. Uniósł lekko moją głowę abym na niego spojrzał, robię to, bo przecież nie będę uciekał wzrokiem przez wieczność.
On zbliżył się i mnie pocałował.
- Będzie dobrze - mówi cicho i każe mi już odpalić samochód, bo się spóźnimy.
Czy mam wybór ? W sumie ma rację, próba rozpoczyna się za chwilę...
Dojeżdżając pod budynek zauważam Dave'a, który najwidoczniej na nas czeka.
Parkuję pojazd i ruszamy w jego stronę.
- Cześć - lekko się uśmiecham i podaję mu dłoń.
- Brada nie będzie... - mówi po chwili.
- Dlaczego ? - Chester opiera się plecami o ścianę i zapala papierosa.
Rzuciłbyś to cholerstwo człowieku, później w całej chacie mi wali tym dymem.. Jeszcze mu się coś stanie przez to.
- Nie odbiera i nie otwiera drzwi.
- Kurwa, cudowna wiadomość ! Wiesz, że nie mamy gitarzysty w tej chwili a jutro rozpoczynamy trasę prawda ?! - jestem wkurzony i w końcu zaczynam przeklinać po japońsku. Czy ten wyjazd ma do cholery jakiś sens ?
Podchodzę do Chaza i opieram czoło o jego klatkę piersiową. Mam dość. Wszystko zaczyna się jebać i to na dodatek przeze mnie.
Dostrzegłem tylko kątem oka, że mężczyzna o którego się opieram wkłada papierosa do ust i odsuwa mnie od siebie.
- Mike, on może jeszcze wróci. Dodatkowo wiem, że siebie obwiniasz. Masz przestać, rozumiesz ?
Podnoszę głowę aby spotkać się z jego brązowymi tęczówkami. Te oczy mogłyby pochłonąć całego mnie.
Niestety ten piękny widok psuje dym ulatniający się z papierosa.
- Przestań palić.. - syczę i wyciągam mu fajkę z ust po czym złamaną rzucam na ziemię, aby po chwili zgnieść ją butem.
Mężczyzna milczy, chyba nie ma ochoty mnie denerwować jeszcze bardziej, no i słusznie !
Wchodzą do studia w trójkę zastajemy tam Roba i Joego, którzy bezskutecznie próbują nawiązać jakikolwiek kontakt z Delsonem.
- Michael, ty cofasz się w czasie ? - zapytał Hahn.
- Coo ?
- Dresy i bluzka, ubrałeś się jakbyśmy grali w dwutysięcznym roku - zaśmiał się.
- Joe, wybacz ale nie jest mi do śmiechu... - wycedzam przez zęby i siadam zdołowany na kanapie.
- Może zróbmy próbę i miejmy ją z głowy, co wy na to ? - zapytał Rob.
- Poradzicie sobie bez klawiszy, dajcie mi odsapnąć i poukładać myśli.
W ogóle wydaje mi się, że gdy mnie nie było, w domu to coś się stało. Chester jest za cichy i za grzeczny...

\,,/(◣_◢)\,,/ ςђคzzא \,,/(◣_◢)\,,/


czwartek, 13 kwietnia 2017

#14

Gdy Bradford wszedł do pomieszczenia, od razu wiedziałem, że to nie skończy się dla mnie dobrze, ja wyjdę obity albo on.. ewentualnie obaj.
Jego wzrok był skierowany na moją dłoń, która spoczywa w uścisku mojego chłopaka.
Emocje jakie kierowały Bradem były mi nie do końca znane. Przez jego twarz przemknął grymas ale zaraz po tym pojawiła się złość. No to mam wjeb...
- Shinoda, możesz mi wyjaśnić do cholery co tu się dzieje ?!
Wziąłem głęboki wdech i przełknąłem głośno ślinę. Sam nie wiem co mu odpowiedzieć. Skłamię po raz kolejny, to będzie źle, a jeśli powiem prawdę, to on mnie tutaj rozszarpie.
- Mike, ile to my się już znamy, przypomnisz ? - zrobił krok do przodu a jego dłonie powoli zaciskały się w pięści. - Rozumiem, że nawet tego nie pamiętasz ! - krzyknął rzucając się na mnie i przygniatając mnie do ściany. Wzrok Chaza był jednoznaczny i wręcz krzyczał "Zaraz zajebie tego gnoja !" Kiwnąłem mu tylko przecząco głową aby się nie wtrącał, bo chce sam to załatwić.
- Ja ci, to wszystko wyjaśnię, ale mnie zostaw do cholery ! - starałem się wyrwać z jego potrzasku.
- Ufałem ci, zawsze mówiłeś prawdę, a teraz się dowiaduję, że mnie cały ten czas mnie oszukiwałeś ?!
- Brad, wyluzuj trochę, to było dla... - mówiłem to trochę niepewnie, ale on mi przerwał.
- Zamknij się ! - To były ostatnie słowa jakie usłyszałem. Ciemność tylko to mnie teraz otacza. Dlaczego ja zawsze muszę dostać w głowę ?!
Otwierając powoli oczy przejechałem dłonią po włosach. Jedyny obraz jaki widziałem to rozmazane plecy Chestera.
- Tkniesz go jeszcze raz a uwierz mi Delson, pozbędziesz się wnętrzności ! - po jego głosie można wywnioskować, że jest wkurwiony nie na żarty. Widzę jak rozmazany punkt przygniata drugiego do ściany na przeciwko.
- Mike'a jeszcze bym mógł o to podejrzewać, ale ciebie ?! Pojebało cię Bennington ?! Jak można być pedałem do cholery ?!
- Bradford, ja dzisiaj nie ręczę za siebie... jeśli chcesz mi przywalić za to jaki jestem, to proszę bardzo - rzekł robiąc jeden krok w tył rozkładając ręce. - śmiało - dodał po chwili.
Kuszenie Brada, to nie jest rozsądny pomysł, ale Chaz wiedział, że będzie chciał to zrobić z największą przyjemnością. Nie czekając długo Delson ruszył na niego z pięściami. Moje powieki robiły się ponownie ciężkie. Nie, nie teraz !
Gdy po raz kolejny otworzyłem oczy ukazał mnie się obraz leżącego i zwijającego się z bólu Brada.
- Jeśli ci coś nie pasuje, to możesz odjeść z zespołu, nikt cię na siłę tutaj nie będzie trzymać - powiedział przez zęby podając dłoń leżącemu. Cały Chazz, wpierdol spuści ale pomoże temu co ucierpiał, jeśli go zna. I jak go tutaj nie kochać ?
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
- Zastanowię się nad odejściem, bo propozycja jest kusząca. Z resztą nie mam stu procentowej pewności czy was zdzierżę - rzekł wstając z pomocą dłoni Chestera i po chwili wyszedł.
Patrzyłem na te wytatuowane plecy myśląc co będzie dalej. Jak Delson odejdzie, to co my zrobimy z trasą. Przecież jej od tak nie odwołamy i nie powiemy wszystkim, że Brad po prostu miał nas dość i zrezygnował z zespołu. On jest dla nas jak rodzina...
- Wszystko dobrze ? - nawet nie zorientowałem się kiedy Bennington przykucnął przede mną.
Kiwnąłem tylko głową, że nic mi nie jest i spuściłem wzrok. Nie mogę patrzeć na człowieka, który mi dupe ratuje, bo sam nie umiem się obronić przed napastnikiem. Dlaczego muszę być zawsze poniżany i bity ? Sam nie jestem w stanie bronić się, ja nie skrzywdzę nawet muchy, a gdzie człowieka, przyjaciela.. Może bym musiał iść na siłownie, aby zwiększyć swoją siłę ? Sam już nie wiem co mam robić.
Po chwili czuję dłoń na swoim policzku, mężczyzna przejechał przez niego kciukiem i pokręcił głową.
- To nic takiego, tylko kolejny siniak do kolekcji, nie przejmuj się, poza tym ty miałeś leżeć i odpoczywać, a nie bić się z Bradem - mówię cicho oraz podnoszę na niego wzrok.
- Nie mam zamiaru tutaj siedzieć, z resztą wiesz o tym, że nie lubię szpitali - odpowiedział podając mi dłoń, abym się podniósł. Z lekkim uśmiechem wstaję na nogi i przytulam Chestera. Teraz tego potrzebuję.. bliskości, jego bliskości. Nie chcę się załamać więc lgnę do niego jak mały piesek. On mnie również przytula. Milczymy przez jakiś czas, nikt nie chce się odzywać. Każdy z nas potrzebuje chwili ciszy na uspokojenie się.
- Jestem ciekaw co ty powiesz prasie na temat tych siniaków - usłyszałem jego cichy głos.
- Coś wymyślę, już moja w tym głowa.
- Okey, więc chodź - mówi i chwyta mnie za nadgarstek abym szedł za nim.
- Gdzie ? - marszczę brwi, nie jestem pewien gdzie on chce iść.
- Do domu, nie zostanę tutaj ani minuty dłużej.
- No chyba cię pojebało.. chcesz się po takim urazie po prostu wypisać ?
- Tak i nic nie zmieni moje zdania.
- Dlaczego ty musisz być taki uparty... - kręcę zrezygnowany głową i wychodzę z Chazem na korytarz.
- Co się tam s... Kolejny siniak ? - Dave chciał zapytać o coś innego ale chyba bardziej jego uwagę przykuł mój nowy kolego pod drugim okiem.
- Robota Brada... Możecie nas odwieźć do domu ? - zapytałem patrząc na swoje czubki trampek.
- Chester ogłupiałeś, chcesz już wracać ? - pytanie wydostało się z ust Joego.
- Tak, mówię jasno i wyraźnie. Czekajcie chwile, zaraz będę.
W tej chwili Bennington nas opuścił, prawdopodobnie poszedł załatwić wszystkie papiery.
Kurczę, martwię się o niego, najchętniej chciałbym aby tutaj został przez przynajmniej trzy dni. Nie daruje sobie tego jeśli mu się coś stanie.
Opieram się o ścianę i rozmyślam. Ile nas biedy by kosztowało jak by Delson odszedł..
- Brad zastanawia się nad odejściem - mówię praktycznie do powietrza, nie mówię do nikogo konkretnego. Moje słowa odbiły się echem ale po sekundzie czułem na sobie wzrok chłopaków.
- Co proszę ?
- Chester mu powiedział, że nikt go tuta nie trzyma i w każdej chwili może odejść.
- Pojebało go, czy co ? - Rob był załamany, on bardzo lubi Brada i zawsze z nim sztamę trzymał.
- Zobaczymy jak będzie...
W tej chwili przyszedł Chester z wszystkimi dokumentami.
- Możemy jechać - oznajmił a Farrell wyciągnął z kieszeni kluczyki.
- To jak do Chestera, czy do ciebie Mike ?
- Do mnie - powiedzieliśmy jednocześnie. Spojrzałem na niego lekko marszcząc brwi. Daj mi choć raz człowieku zdecydować.
- Jedź do Shinody - rzekł, a Dave skinął głową.
***
Przez całą podróż milczeliśmy. Nikt się nie odezwał. Ja byłem zły na Chaza, że nie został tam dłużej, ale nie będę mu przecież rozkazywał co ma robić, przecież jest dorosły...
- Dzięki Dave, widzimy się jutro, pakuj się powoli, bo pojutrze wyjazd.
- Jasne, cześć - powiedział i zniknął.
- Dlaczego tak bardzo chciałeś tutaj przyjechać ?
- Jak widzisz, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Weszliśmy do domu, chciałem iść po prostu spać, miałem dość.
- To co planujesz ? - słowa mężczyzny myły przyjemnie i słodkie. Jego dłonie znalazły się nagle na moich biodrach, a głowa na moim ramieniu.
- Idziemy spać, ja mam dość tego dnia, wystarczająco dużo nerwów na ciebie straciłem.
- Mikey, nie bądź na mnie zły, przepraszam.
- Będę i tego nic nie zm... - w tej chwili znalazłem się na jego rękach.
- Puszczaj mnie i nie masz dźwigać !
- Przestań.. - zaśmiał się i poszedł ze mną na górę. Ja go w któryś dzień uduszę...

niedziela, 9 kwietnia 2017

#13

Godzina dwudziesta pięćdziesiąt trzy a ja czwarty raz wstawiam tą samą wodę na kawę. Pogrążam się w rozmyślaniach. A jeśli on znowu zrobi coś głupiego ? Może się naćpał bądź upił ?
Cały czas przed oczami pokazują mi się jakieś czarne scenariusze. Nie, Michael przestań tak myśleć, bądź dobrej myśli. Możliwe, że cały czas załatwia jakieś ważne rzeczy na mieście...
Pada deszcz, nawet pogoda ma już dość.
Gdy woda się wyłącza ja w końcu biorę czajnik w dłoń i zalewam kawę. Wzdycham ruszając do salonu.
Słyszę strzał, jeden drugi, trzeci. Żadna nowość.. w końcu mieszkam na totalnym zadupiu, gdzie co chwile ktoś strzela, albo popełnia samobójstwo.
Strzały stają się wyraźniejsze, jakby się zbliżały. Co to jakaś wojna ? Kręcę zrezygnowany głową i upijam łyk gorącego napoju. W tej samej chwili przypomniał mi się Chester, który pije praktycznie wrzątek. Na tę myśl mimowolnie się uśmiechnąłem.
Sięgnąłem po pilota i włączyłem telewizor.
Akurat wiadomości, no proszę.. ciekawe czego nowego się dowiemy...
Wszędzie nagłówki o takim samym temacie "Mike Shinoda i Chester Bennington", kolejny kanał "Czy Michael Shinoda jest gejem ?", gdy przełączyłem trzy kanały dalej zauważyłem, że leci jakiś serial, może dzięki temu zapomnę na chwilę o wszystkim.
- Przerywamy nasz program aby nadać informację na żywo. Na obrzeżach miasta w barze "66" doszło do strzelaniny, nie ma ofiar śmiertelnych, większość uciekła, jest kilku rannych, niestety bandyci pobiegli za ofiarami..." Dalej już nie słuchałem, gdyż zdziwił mnie widok jaki jest za reporterem. Stoi za nim Camaro, na dodatek to jest moje Camaro !
Kurwa... samochód jest, ale gdzie do cholery jasnej jest...
Moją myśl przerwało walenie do drzwi, nie był to normalny stukot kłykciami, a tak czy inaczej mam dzwonek, którym można zadzwonić.
Wstałem szybko z kanapy. Walenie było coraz mocniejsze, jak by ktoś na prawdę potrzebował tutaj wejść.
Pobiegłem do drzwi odkluczając je.
Widok jaki za nimi zastałem zamurował mnie.
Przez chwilę czułem się jak w innym świecie. Czas się zatrzymał. Stoi przede mną człowiek, który wygląda jak siedem nieszczęść.
Opada wręcz w moje ręce, widać, że nie ma siły.
Co do cholery mu się stało ?
Zatrzasnąłem szybko drzwi nogą i chciałem zaprowadzić mężczyznę do salonu jednak on cicho powiedział:
- Do łazienki, błagam... - te słowa były prawe nieme. Nie wiem jakim cudem one dotarły do moich uszu.
Uczyniłem to o co prosił, zaprowadziłem go do pomieszczenia a sam stałem i czekałem aż stamtąd.
*Chester*
Ledwo opieram się rękoma o umywalkę, mam dość tego dnia...
Patrzę w lustro próbując dostrzec człowieka odbitego w nim, jednak ja nawet samego siebie nie jestem w stanie poznać.
Mam zadrapaną twarz, krwawię z kilku ran ciętych jednak to teraz jest najmniej ważne, nie obchodzi mnie moja morda.
Wyjmuję telefon z kieszeni i widzę w nim dziurę, która jest prawie na wylot. Dlaczego prawie ?
Tkwi w nim jeden z pocisków.
Bez większego zastanowienia zdejmuję czarną koszulkę i patrzę na swoje żebra.
Niech by to ich szlag trafił !
Nie wiem jak ja tutaj dobiegłem, prawdopodobnie adrenalina, która we mnie buzowała pomogła mi w dotarciu do Mike'a.
Dotykam rany i cicho syczę, jest ona po nożu. Oberwałem nim między żebra. Nie wygląda to ciekawie, ale nie mam zamiaru jechać do szpitala.
Obmywam to miejsce wodą z mydłem i czuję jak nogi się pode mną uginają. Ból jest niesamowity.
Chcę krzyczeć, ale tego nie zrobię, nie chcę denerwować Shinody.
Sięgam po koszulkę i zakładam ją.
Wychodzę z pomieszczenia wpadając na mojego zbawiciela.
Sadza mnie na kanapę po czym każe mi wszystko mówić.
- Co chcesz konkretnie wiedzieć ? - mówię cicho sycząc i chwytając się za bok.
- Gdzie ty byłeś, co się stało, dlaczego nie odbierałeś telefonu ?! - krzyczy. Cholera człowieku ciszej proszę, głowa mi pęka.
- Telefon się rozładował, a teraz wygląda tak... - rzucam Samsungiem prosto na ławę. Przerażenie Spike'a jest nie do opisania - byłem u Sebastiana, musiałem podpisać zgodę na hospitalizację, spokojnie nic mu nie będzie - cicho się zaśmiałem lecz to pogorszyło moją sytuację. Bok zaczyna boleć coraz bardziej. Sycze mimowolnie.
- Co się dzieje, Chester, popatrz na mnie.. - słyszę jego głos ale nie mogę umieść głowy. Ból jest potężny, nie mam pojęcia jakim prawem tego wcześniej nie czułem.
- Wszystko w porządku, nie przejmuj się - szeptam - a stało się.. hmm. Pomijając fakt napaści na mnie przez starych kumpli to nic - siedzę skulony, tak niweluję chociaż odrobinę ból. Nie chcę mówić co tam dokładnie się stało.
Kogo to interesuje, że przez przypadek przywaliłem jednemu z dziennikarzy, a później się okazało, że on jest po prostu oszustem i nasłał na mnie swoich kolegów, którzy kiedyś też byli moimi kolegami..
Oczywiście przed tym wszystkim zrobiłem kilka ważnych rzeczy, między innymi  skontaktowałem się ze szklarzem, ubezpieczycielem i o godzinie osiemnastej zajechałem do baru.
Piłem ale nie drinki tylko wodę, nie chciałem się upić, bo miałem nadzieję, że pojadę do domu i odpocznę. Jednak tak się nie stało.
O dwudziestej wypiłem trzy szoty, a później przyszli moi "kumple". Chcieli we mnie początkowo wcisnąć zioło ale im odmówiłem, a później toczyło się tak wszystko, że nawet nie zauważyłem kiedy ich nóż wylądował pomiędzy moimi żebrami.
- Spójrz i powiedz mi to prosto w oczy - warknął.
Ja na to nie zareagowałem, bo w tym momencie urwał mi się film.

*Mike*

Nie wiem co się dzieje, on mi nic konkretnego nie powiedział. Widzę tylko, że ktoś go okaleczył.
Gdy zemdlał dostrzegłem na jego dłoni krew, dużo krwi..
Zdenerwowałem się. Podciągnąłem mu koszulkę i zobaczyłem rozległą ranę.
Łzy napłynęły mi do oczu, chciałem zacząć panikować ale ogarnąłem się i zadzwoniłem po pomoc.
Przez ten czas zanim przyjechała karetka starałem się go ocucić.
Jego klatka piersiowa cały czas się lekko unosiła.
Gdy ratownicy weszli do pomieszczenia zajęli się nim. Oczywiście ruszyłem z nim do szpitala. Musiałem tam jechać. Przez całą drogę trzymałem jego dłoń, czułem się wtedy trochę lepiej. Zauważyłem, że jeden z mężczyzn siedzących tutaj patrzy na mnie z byka. Nie reagowałem na niego.
Napisałem sms'a do Dave'a, że jestem w szpitalu wraz z Chesterem. On o dziwo odpisał bardzo szybko, że zaraz tam będzie i przy okazji da znak reszcie i przyjadą.
Po dziesięciu minutach podróży dotarliśmy przed budynek.
Wyszedłem z karetki, a ratownicy zabrali na noszach Chaza. Boję się o niego ma płytki oddech i na dodatek nic mi praktycznie nie powiedział.
Zatrzymano mnie przed drzwiami prowadzonymi do sali operacyjnej.
Westchnąłem. Wiem, że nie mogę tam wejść ale boję się o tego idiotę.
- Mike - znajomy głos dociera do moich uszu, to Dave - co z nim ?
- Rana kłuta, nie mam pojęcia co się stało. Ogólnie wygląda jak nieszczęście.
Mam dość tych przygód na dzisiaj.
- Ja pierdole...
- Chciałem powiedzieć to samo jak go zobaczyłem, ale nie mogłem.
Mijały minuty, które dla mnie ciągnęły się niczym godziny, cała reszta zdążyła przyjechać, a ja tylko czekałem na jakieś wieści.
Oby mu nic nie było...
Po dobrej godzinie lekarze wyszli z sali. Jeden z nich podszedł do mnie.
- Michael Shinoda ?
- Tak, to ja - uniosłem na niego wzrok.
- Mogę prosić pana na bok ? - zapytał.
- Oczywiście.
Wstałem z krzesła i odszedłem kawałek wraz z lekarzem, w tym samym czasie kątem oka zobaczyłem, że przewożą Chestera na sale. Poczułem jego dłoń na mojej ale tylko przez chwilę.
- A więc mamy powiadomić jaki jest stan. Otóż zaszyliśmy ranę między żebrami jak i łuk brwiowy, do tego mogę powiedzieć, że pacjent miał wiele szczęścia, gdyż rana nie uszkodziła płuc ani żadnego narządu.
Nagle wszystkie złe emocje ze mnie uciekły, byłem szczęśliwy, że nie stało się nic poważniejszego.
- Dodatkowo pan Bennington prosił aby pan do niego przyszedł.
Skinąłem tylko głową i podziękowałem za informację.
Bez większego zastanowienia ruszyłem od sali, gdzie leżał Chaz.
- Mikey - usłyszałem cichy zachrypnięty głos.
Usiadłem na fotelu, który stał obok łóżka i chwyciłem jego dłoń.
- Dziękuję... - wyszeptał i lekko się uśmiechnął.
Nie mogłem się powstrzymać, pocałowałem go.
- Nie rób mi tak więcej, ja od zmysłów odchodziłem..
W tej chwili wszedł do sali Brad.
No i kurwa będzie cyrk...

sobota, 8 kwietnia 2017

#12

Co się tam stało ? Nie ma mnie w domu zaledwie jeden dzień i już problemy. Szlag by to człowieka trafił. Kończę wiązać buty i już chcę wychodzić, jednak zatrzymuje mnie Shinoda.
- Zapomniałeś czegoś - rzuca we mnie koszulką.
- A, tak. Przyjadę to pogadamy - powiedziałem zakładając ubranie i zbiegłem na dół prosto na parking.
Odkluczyłem pojazd i wsiadłem za kierownice.
Odpalając Chevroleta poczułem jego moc. Bez większego zastanowienia ruszyłem z piskiem opon. Ominąłem chyba każdy korek, po postu zjeżdżałem w uliczki gdzie by nikt nie chciał jeździć i w myślach powtarzałem sobie, że musze tam dojechać cały i nie mam na dodatek czasu.
Parkuję przed wejściem i z przyzwyczajenia chciałem zamknąć samochód pilotem. Nic się nie zaświeciło... po chwili zorientowałem się, że on nie ma automatycznego zamykania.
Wsadziłem klucz w otwór i przekręciłem.
Teraz mogę udać się do budynku.
Oczywiście jak na złość zgraja reporterów przed salą... pewnie tam jest Sebastian.
- Bennington, przyszedłem do syna - mówię w recepcji.
- Proszę - wskazała na tłum ludzi.
Kurwa.. dlaczego ?
Po cholerę ich aż tylu ?
Dobra Chester, głowa w dół, z bara i wchodzisz do pomieszczenia. To najrozsądniejsza myśl jaka przyszła mi do głowy więc tak uczyniłem. Wyszło to na jakieś osiemdziesiąt procent.
- Gdzie pan był ?!
- Co znaczył pocałunek pana i Shinody ?!
- Ucieczka ?!
- Czuje się pan winny ?!
Tona pytań na którą po prostu nie mam czasu.
Wpadłem wręcz do sali, gdyż przypadkowo nadusiłem łokciem na klamkę, bez większego zastanowienia zamknąłem drzwi.
Patrzę na Sebastiana i zauważam, że śpi, choć on zwykle oszukuje w tych kwestiach.
Do pomieszczenia udało się wejść lekarzowi.
Muszę podpisać zgodę na hospitalizację.
- Mogę wiedzieć co się stało ? - pytam od razu.
- Było włamanie, jeden z dziennikarzy chciał zajrzeć od tyłu i zobaczył wybitą szybę oraz chłopaka leżącego na ziemi.
Wziąłem długopis w lewą dłoń i złożyłem podpis.
- Ile tu będzie musiał zostać ?
- Dwa dni, gdyż miał lekki wstrząs mózgu.
- Dziękuję za informacje - rzekłem, a lekarz tylko skinął głową i wyszedł.
- Dzięki, że w końcu się mną zainteresowałeś...
- Interesuję się, ale nie mam na wszystko czasu.
- Jasne... - odwracam się do niego.
- Słuchaj, chce jak najlepiej, wiem, że mi to nie wychodzi ale przynajmniej żyjesz - warczę.
- Wolałbym nie... - usłyszałem cichy głos. Zamknąłem oczy i zacisnąłem zęby, nigdy nie chciałem aby tak powiedział, to był dla mnie jeden z najboleśniejszych ciosów.
- Sebastian..
- Wyjdź, zostaw mnie. Nawet nie musisz przyjeżdżać w dzień wypisu. Po prostu mam cię dość.
Wiem, że nie dojdę z nim do porozumienia więc  spełniam jego życzenie...

*Mike*
Po wyjściu Chestera, czekałem może dziesięć minut na zjawienie się Phoenixa, który rzucił we mnie gazetą.
- Dumny jesteś ? - powiedział siadając zły na kanapie.
- O co ci chodzi ? - marszczę brwi patrząc na pierwszą stronę, gdzie widnieje moje zdjęcie jak całuję Chaza.
- Wiesz, że jak Brad to zobaczy, to was chyba rozszarpie, prawda ?
No tak, Delson nienawidzi homoseksualistów, a ja przed nim ukrywam, to już wiele lat. On Benningtonowi nie podskoczy ale ja jestem praktycznie bezbronny. Nie mam nic na swoją obronę.
Gdy wybiła dziewiąta zjawili się wszyscy, wszyscy oprócz Chestera.
- Mike, gdzie on jest ? - do moich uszy dochodzi głos Joego.
- Mówił, że się dzisiaj spóźni. Coś ważnego mu wypadło.
- Ile go niby nie będzie ?
- Sądzę, że godzinka mu zejdzie.
***
Godzina, jasne... minęły już trzy a ja stoję nad klawiszami zasłaniając dzisiejszą gazetę rękoma i patrząc w głupi ekran telefonu.
Dzwonie do niego po raz dziesiąty jednak od razu odzywa się poczta głosowa.
Zaczynam się denerwować. Patrzę na zdjęcie wykonane przed salonem Chevroleta i uśmiecham się mimowolnie. Cholera !
Niech on już przyjedzie.
Wychodząc z pomieszczenia był bardzo zdenerwowany i rozkojarzony, a co jeśli spowodował jakiś wypadek, albo coś mu się stało ?
Nie mam bladego pojęcia gdzie on może być.
Telefon Chaza ma mnie w dupie i każde kolejne połączenie kończy się tym samym. "Bennington, zostaw wiadomość"
Przynajmniej mogę usłyszeć jego głos.
- Odebrał w końcu ? - pyta Farrell podchodząc do mnie. On jako jedyny chyba wie jak się teraz czuję.
Kiwam przecząco głową.
- Może czas się zbierać i zrobić sobie wolne ? - wtrącił się Brad.
- Chcesz, to jedź w razie czego damy ci znać - powiedział Robert z lekkim uśmiechem.
- Trzymajcie się ! - po tych słowach wyszedł, a moje emocje coraz bardziej się mieszały.
Walczyłem z uczuciami.
- O co chodzi, co tak stoisz i do niego wydzwaniasz ? - pyta Koreańczyk.
Nie ma Bradforda więc mogę pokazać im dzisiejszą gazetę. Biorę ręce i opadam na kanapę.
Kolejna godzina mija na rozmyślaniach.
Na prawdę zaczynam się bać. Joe z Robem milczą, a Dave chodzi po pomieszczeniu zastanawiając się co robić.
- Chodź - słyszę głos rudego.
- Jedziemy go szukać, nie mogę na ciebie patrzeć.
Przymknąłem oczy i wstałem aby iść za nim.
- My pojedziemy w drugą stronę, może go znajdziemy - rzekł Bourdon.
- Ostatnio widziałeś go...
- W studio, dałem mu klucze do samochodu i gdzieś pojechał.
- Wiesz może gdzie ?
- Wydawał się zdenerwowany, pytał co się stało, może do szpitala, nie wiem... nie myślę już stary.
Wiedziałem, że Dave tam pojedzie. Ja całą drogę milczałem i patrzyłam przez okno albo na ekran telefonu licząc na to, że w końcu się odezwie, tyle czasu go nie ma..
Pod budynkiem nie ma mojego samochodu, czyli jego też tutaj nie będzie.
Ruszyliśmy w dalszą podróż. Kolejny przystanek... jego dom, jednak tutaj też pusto.
Nagle dzwoni mi telefon, już ucieszony chciałem odebrać ale na ekranie wyświetlił się "Joe".
- Co, znaleźliście go ? - wymruczałem.
- Niestety ale nie, może czas zgłosić, to gdzieś... - Hahn raczej nie jest zafascynowany jazdą po mieście.
- I tak nic nie zrobią, musi minąć dwanaście jebanych godzin aby zadziałali ! - krzyczę, gdyż nie wytrzymuję tego wszystkiego i się rozłączam.
- Dave, zawieź mnie do domu, chcę być sam, proszę... - mówię obojętnie, patrząc przed siebie.
Farrell, bez zbędnych pytań spełnia moją prośbę.
- W razie czego dzwoń - wzdycha lekko się uśmiechając kiedy docieramy na miejsce.
Kiwam tylko głową i idę do budynku.
Pustka.. nie ma nikogo. Jestem tylko ja i moje myśli, myśli, które nie dają mi żyć.
Zakluczam drzwi i odkładam klucze na półkę.
Potrzebuję jakiejś mocnej kawy...
W tym celu wchodzę do kuchni i wstawiam wodę.
Podpieram się łokciami o blat oraz spoglądam przez okno.
Gdzie ty idioto się podziewasz...