czwartek, 27 kwietnia 2017

#16

*Brad*
Siedzę w domu, na kanapie i patrzę jak po raz kolejny wibruje mi telefon. Tym razem dzwoni Robert.
Ile razy jeszcze będziecie się dobijać ?
Chłopaki już dawno powinni zrozumieć, że nie przyjdę. Mam dość kłamstw. Mike'a znam od kilkunastu lat i dopiero teraz się dowiaduję, że jest homoseksualny. Jestem ciekaw ile czasu reszta trzymała to w tajemnicy.
Gdy komórka skończyła swój recital, mogłem zobaczyć dwucyfrową liczbę z nieodebranymi połączeniami od Farrella, Hahn'a i Broudona. Miło, że Shinoda sam nie umie zadzwonić i wyjaśnić mi wszystkiego.. Nienawidzę go...
Może jak by przeprosił, to bym mu wybaczył, ale nie po co zadzwonić czy napisać. On ma to po prostu w dupie.
*Mike*
Patrzę na Chestera, który kręci się przy gitarach. Czyżby chciał coś zagrać ?
Gdy chwyta mój ukochany instrument, wstaję od razu i zabieram mu go.
- Nie będziesz mi niszczył mojego skarbeńka - mówię cicho patrząc na biało - niebieską gitarę, która jest idealnie nastrojona.
- Czyli gitara jest twoim skarbeńkiem, tak ? - Bennington skrzyżował ręce na piersi i uniósł lekko brew.
- Wiesz o co mi chodzi - wywróciłem oczami i odłożyłem sprzęt na swoje miejsce.
- Zacznijmy tą próbę i miejmy, to z głowy, bo aktualnie przez ciebie tracimy czas. - syknął.
Co go gryzie ? On się nigdy tak nie zachowywał. Stoję jak wryty na przeciwko niego i patrzę mu w oczy, a jedyne co udaje mi się dostrzec, to pustka i złość. 
Chazz sprawnie mnie wyminął i stanął przed mikrofonem. Mój wzrok powędrował za jego sylwetką, ale on nawet nie popatrzył na mnie. 
Pokręciłem zrezygnowany głową po czym byłem gotowy do próby. 
***
- Panowie, widzimy się jutro o godzinie piątej. Wszyscy macie być punktualnie. 
To ostatnie słowa jakie zdołałem usłyszeć od Chestera. Przez całą próbę nie odezwał się do mnie ani słowem, był nieobecny. 
Wybiegł ze studia i tyle go widziałem. 
- A temu co odbiło ? - zapytał Dave kładąc mi dłoń na ramię. 
- Nie mam bladego pojęcia stary... - westchnąłem. 
*Chester* 
Biegnę przez ulicę i nie zwracam uwagi na nic. Kilka fanek mnie chciało zatrzymać, jednak ja po prostu spuściłam głowę w dół i udałem się dalej. 
Szpital. Teraz tylko to mnie interesuje. Chcę dowiedzieć się wszystkiego. 
Gdy tylko przekroczyłem próg od razu zostałem zaciągnięty na stronę przez lekarza. 
Był to starszy ode mnie mężczyzna z zarostem, który podpierał się laską. 
Witać było, że to poważny człowiek. 
- Mogę wiedzieć o co chodzi ? 
- Pana syn ma raka... - lekarz usiadł w fotelu opierając nogi na biurku. 
Chwila co... w tej chwili świat legł w gruzach. Nie mam pojęcia co robić, a moje nogi coraz bardziej przypominają watę. 
Chwyciłem się oparcia krzesła i wziąłem głęboki wdech. 
- Czy to jest pewne ? 
- Śmie pan wątpić we mnie ? 
- Nie, po prostu nie wierze...
- Niech pan idzie porozmawiać z synem. 
Skinąłem tylko głową i udałem się w stronę sali. 
- Cześć - powiedziałem wchodząc do Sebastiana. 
On miał czerwone oczy, pewnie od łez. 
- Jak tam ? - pytam niepewnie. 
- Chujowo...przecież, to będzie koniec dla mnie. 
- Nie mów tak. 
-Ale taka jest prawda - mówi kręcąc głową. 
***
Siedziałem z nim do późnej godziny. Nie odbierałem żadnego telefonu. Mike dobijał się co pięć minut, a co pół godziny próbował dodzwonić się Dave. Nie mam najmniejszej ochoty się tłumaczyć. 
Gdy skończył się czas odwiedzin, powiedziałem Sebastianowi, żeby się trzymał i jutro odbierze go ze szpitala matka Mike'a.
Chciałbym zostać ale nie odwołam tak nagle trasy. 
Wychodząc z budynku nie sądziłem, że pada. Czy na prawdę nawet pogoda ma mnie dość ? 
Trudno, najwyżej zmoknę. 
Ruszam wolnym krokiem w stronę domu, mając głowę wysoko w chmurach. Rozmyślam o przyszłości, ile czasu mogło jeszcze zostać ? Chciałbym wiedzieć wszystko, ale wiem, że niestety to niemożliwe. 
W pewnej chwili oślepiają mnie światła samochodu. 
Ktoś na mnie trąbi. O co temu pajacowi chodzi. 
- Chester ! - ten głos był mi znajomy, aż za bardzo. 
Stanąłem na środku chodnika i patrzę się na Camaro. 
- Idziesz czy mam cię zaciągnąć siłą ? 
Bez odpowiedzi wsiadłem na miejsce pasażera. 
- Debilu, wiesz jak ja się o ciebie martwiłem ? 
Milczę, patrzę w dywanik pod moimi nogami i zastanawiam się czy to wszystko ma jakiś sens.
Mike nie zjawił się tutaj przypadkiem. Jak nic mnie szukał. Napędziłem mu stracha, to fakt. Nie odzywałem się do niego przez cały dzień.
- Dowiem się co jest ? - pyta.
Ja odpowiadam tylko kręcąc przecząco głową. Nie chcę aby wiedział. On nie musi się martwić. Ja zaraz włożę maskę i nikt nic nie pozna, a on będzie to przeżywał.
- Możesz ruszyć, chciałbym już być w domu.
Mężczyzna siedzący za kierownicą wykonał moje polecenie. Nie musiałem nawet się o to prosić.
***
Godzina dwudziesta trzecia piętnaście, a my dotarliśmy pod dom.
Weszliśmy do mieszkania i bez większego zastanowienia poszedłem zrobić sobie jakąś ciepłą herbatę.
- Jesteś w domu, to myślę, że mogę już jechać - uśmiechnął się delikatnie Shinoda i chciał się wycofać do wyjścia.
- Zostań ze mną, błagam - rzekłem prawie łamiącym się głosem. - coś do picia ? - zapytałem po chwili.
- Jak robisz, to może być.
Zrobiłem dwa kubki gorącej herbaty. Stwierdziliśmy, że pójdziemy na górę, bo i tak muszę się spakować.
Odstawiłem swój kubek na którym był duży napis "VIP" na stolik po czym udałem się do łazienki by pozbyć się przemoczonych ubrań oraz się ogarnąć.
Stojąc przed lustrem zastanawiałem się, z jakiej ja choinki się urwałem. Wyglądam jak bym miał dobre pięćdziesiąt lat, a to tylko z powodu dręczących mnie myśli.
Wychodzę z pomieszczenia po kilku minutach.
Stając w drzwiach prowadzących do sypialni zastanawiam się co ze sobą zabrać. Nienawidzę się pakować...
Podchodzę do szafy i wyciągam z niej walizke oraz ubrania.
Pamiętaj Chester weź tylko te najważniejsze rzeczy.
Gdy już upchnąłem wszystko do torby usiadłem na środku pokoju i westchnąłem patrząc w ścianę.
- Co się z tobą dzisiaj dzieje ? - czuję jego dłonie na moim brzuchu, oraz brodę na ramieniu.
- Tak cholernie mi się nie chce jechać.
- Jak to ? Przecież się cieszyłeś na ten wyjazd.
- Może i tak, ale wszystko się po prostu jebie..
- Co masz na myśli ?
- Nie ważne.
Nie chce aby Mike wiedział o tym, bo kazał by mi to wszystko odwoływać.
- Chodź, bo nie wstaniesz - on wstał i podał mi rękę abym podniósł się z podłogi.
Chwyciłem jego dłoń i lekko się uśmiechnąłem.
Shinoda zaciągnął mnie dosłownie na łóżko i patrzył mi w oczy unosząc lekko brew.
- Hmmm ? - mruczę cicho.
Spike nic nie odpowiedział, a złączył nasze usta w pocałunku.
Czy on chce mnie jakoś pocieszyć ? Nie za bardzo uśmiecha mi się ten pomysł.
Zarzuciłem mu ręce na szyję i pogłębiłem pocałunek.
Może faktycznie brakuje mi bliskości z jego strony ?
Mężczyzna położył mnie na łopatki i kontynuował.
- Michael my za kilka godzin wstajemy - mówię cicho, w krótkiej przerwie.
- Wiem, więc siedź cicho...
Dlaczego czasami on jest tak uparty ?
Jego ciało jest coraz bliżej mnie, czuję jego wzwód przez spodnie.
- Postaraj się nie palić, co ?
- Niby czemu ?
- Ponieważ ja mam smak tytoniu w ustach..
- Marudzisz - wyszczerzyłem się i zamknąłem mu paszczę pocałunkiem.
***
Noc jakoś przeżyłem, choć z Mike'iem w jednym łóżku jest ciężko.
- Wstawaj, za chwile musimy wyjechać - mówię  przeciągając się.
- Kurwa, jak mi się nie chce - Shinoda bez większego zastanowienia zakrył głowę poduszką.
- Mówiłem żeby darować sobię tą noc.
- Później by nie było okazji.
- Jak nie ? - marszczę brwi.
- Chyba w autobusie.. - mruczy, ale ledwo da się go zrozumieć.
Wstałem z łóżka po czym poszedłem do łazienki i ubrałem wygodne ubrania na podróż.
Gdy ja zajmowałem się jeszcze swoim paskiem, Mike zrobił w tym czasie kawe i szybkie śniadanie.
Nie ma to jak jedzenie i picie na szybko.
Shinoda oczywiście swoją walizke wozi w samochodzie od dwuch dni, więc nie musimy nigdzie po nią jechać.. na szczęście.
Zabierając wszystkie rzeczy, wsiedliśmy do pojazdu i ruszyliśmy pod studio.
Czekała tam już na nas grupka przyjaciół, prócz jednego.
Na tę myśl pokręciłem głową i chciałem szybko wsiąść do autobusu aby zająć sobie dobre miejsce, lecz na kogoś wpadłem...

wtorek, 18 kwietnia 2017

#15

Dlaczego ten człowiek się mnie nie słucha ? Ja chcę dla niego dobrze, a on po prostu to olewa.  Czy moje zdanie się tutaj w różnych kwestiach nie liczy ?
Aktualnie leżę przygnieciony ciężarem Chaza na łóżku, do którego zostałem przyniesiony siłą. Mężczyzna ewidentnie czegoś chce, ale ja mu tego nie dam.
Gdy jego wargi zaczynają się zbliżać do moich odwracam głowę.
- Mikey... - jego głos jest delikatny.
- Chester, możesz choć raz mnie posłuchać ? Ja chcę się wyspać. Praktycznie za chwile czeka nas trasa, a ja nie mam zamiaru być jak zombie. Daj mi zapomnieć o tym całym dniu i ty też idź spać.
- Ale...
- Nie. Nie ma żadnego ale.
Po krótkiej walce z rękoma Chaza, udaje mi się uwolnić z jego pułapki.
Stanowczym krokiem ruszyłem w stronę łazienki i stanąłem przed lustrem.
Dlaczego ty Shinoda nauczyłeś go tej pewności siebie i stanowczości, której teraz ci brakuje ?
Patrzę na swoje odbicie i moje myśli zaczynają wariować. Jestem nikim. Nie umiem się postawić, nie mam własnego zdania. Moje ciało jest jak marionetka, którą człowiek pociąga za sznurki, w tym przypadku jest to Chester.
Rozbieram się do bokserek i wracam z rzeczami złożonymi na kupkę do pokoju.
Dajcie mi w końcu spać...
Nie wierzę własnym oczom. Bennington śpi wtulony w poduszkę. Czyżby dotarło do niego, że nie jestem zabawką ?
Odłożyłem ubrania i położyłem się do łóżka. Nie minęła minuta, a czułem, że gorąca dłoń oplata mój brzuch. Nawet nie zorientowałem się kiedy znalazłem się w jego objęciach. Welcome to Hell. Dlaczego on musi być jak grzejnik ? Ja się ugotuję...
***
Otwierając rano zaspane oczy czuję chłód, którego nie powinno być.
Patrzę na drugą stronę łóżka, ale nie zauważam mężczyzny.
Przecieram twarz dłońmi i wstaje z miękkiego materaca udając się do szafy.
Próba dzisiaj wyjątkowo trochę później więc nic mi nie przeszkodzi w założeniu za dużej koszulki i dresów.
Przez chwilę się zastanawiałem gdzie mogło wywiać moją drugą połówkę, ale gdy poczułem zapach naleśników, to byłem przekonany, że kuchareczka w kuchni siedzi.
Z uśmiechem na twarzy zjechałem po poręczy i chwilę po tym byłem już w królestwie naleśników.
- Dzień dobry kuchciku - przytulam go od tyłu i szepczę do ucha.
- Widzę, że śpiąca królewna wstała - Chester odwrócił się w moją stronę i lekko musnął moje usta.
- A żebyś wiedział - uśmiechnąłem się i złożyłem na jego policzku szybki pocałunek.
Poczułem dłonie mężczyzny na moich biodrach, wiedziałem, że on liczy na coś więcej, oczekuje dobrego momentu, aby mnie zmanipulować. Przykro mi Chester nie wyjdzie ci to.
- Chyba naleśnik ci się przypala - mówię z uśmiechem czując lekki zapach spalenizny.
Tak na prawdę chciałem się tylko pozbyć jego dłoni z mego ciała, a to był najlepszy moment.
On bez większego zastanowienia odwrócił się do kuchenki aby przewrócić ciasto i po chwili wyłączyć gaz.
Sam poszedłem do salonu i obserwowałem co robi. Nie ma sensu stać na środku małego pomieszczenia zwanego kuchnią i mu przeszkadzać.
- Podano do stołu - z innego świata wyrwał mnie jego głos. Postawił talerz naleśników na stole wraz z syropem klonowym i nutellą.
Czekolada ! Wysmarowałem jeden placek ciasta czekoladą i zacząłem go jeść ze smakiem. Nie mam pojęcia czy ktoś robi lepsze śniadanie niż Chester, ale i tak postawiłbym go na pierwszym miejscu.
***
Gdy zjedliśmy praktycznie wszystko, mężczyzna usiadł koło mnie i lekko się uśmiechnął.
- Jesz jak dziecko, cały się ubrudziłeś - rzekł z lekkim uśmiechem na twarzy, po czym kciukiem przejechał przez moje wargi ścierając resztę kremu czekoladowego.
- Przynajmniej teraz słodki jesteś.
Nie zorientowałem się kiedy on złączył nasze usta w głębokim pocałunku. Tego cały ten czas próbowałem uniknąć. Jeśli czegoś nie wymyślę, zostanę tutaj pozbawiony ubrań i moja godność po raz kolejny pójdzie się jebać, dosłownie.
- Próba.. - udaje mi się powiedzieć słowo, które zostaje stłumione przez jego usta.
- Hmm ? - mruczy.
- Próbę zaraz mamy, zbieramy się. Po samochód muszę jeszcze iść, bo go zostawiłeś... - odpycham go dwiema rękami. Czuję ten przyśpieszony oddech, to szybsze bicie serca. Nie, nie pozwolę sobie na to. Przynajmniej nie teraz. 
- Mike, do próby jeszcze mamy czas.
- Nie... samochód jest dziesięć minut drogi stąd, a później dojazd, który też nie trwa sekundy tylko dobre dwadzieścia minut.
Mężczyzna patrzył mi w oczy. Jego wyrażały wręcz błaganie, a moje mówiły tylko "wybacz".
Zamknąłem powieki i odwróciłem głowę. Nie mogę na niego patrzeć.
Odepchnąłem go i ubrałem buty po czym wręcz wybiegłem z domu w ręce trzymając kluczyki.
Michael, co ty robisz.. Chester sam w końcu stwierdzi, że masz go dość. Olewasz go. Nie masz ochoty na nic.
On tego nie zrozumie, ja właśnie go niszczę od środka. Zawsze gdy coś chciał, to otrzymywał, a teraz ? Ja, człowiek, którego kocha, niszczy to wszystko mówiąc mu stop.
Nie patrząc na drogę wpadam prawie pod samochód. Oczywiście wyskakuje z niego jakaś ostro zirytowana blondynka, która wyzywa mnie od najgorszych kurw na świecie. Powiedzmy sobie szczerze... koło chuja mi to lata.
Docieram pod klub "66" widząc mój samochód szczerze się. Całe szczęście, że nikt nie był na tyle głupi aby je zniszczyć.
Takie auta, to wręcz zabytki.
Wsiadam do Camaro i odpalam silnik. Warkot jest cudowny, ale muszę jechać po Chestera, który został sam u mnie.
***
Dojeżdżając na miejsce trąbie. Nie mam ochoty wysiadać i prowadzić go wręcz za rączkę.
Bennington wychodzi w białej koszulce z jakimś napisem, jeansach, czapce z daszkiem i okularach przeciwsłonecznych.
Wsiada bez słowa i czeka abym ruszył.
- Przepraszam... - mówię po chwili patrząc na niego.
On zdejmuje ciemne szkła i unosi brew.
- Przepraszam za bycie dupkiem - wzdycham spuszczając wzrok.
- Przestań, rozumiem. Nie będę cię zmuszał do niczego. Dotarło do mnie, że to nie rozwiązanie - poczułem jego ciepłe dłonie na swojej brodzie. Uniósł lekko moją głowę abym na niego spojrzał, robię to, bo przecież nie będę uciekał wzrokiem przez wieczność.
On zbliżył się i mnie pocałował.
- Będzie dobrze - mówi cicho i każe mi już odpalić samochód, bo się spóźnimy.
Czy mam wybór ? W sumie ma rację, próba rozpoczyna się za chwilę...
Dojeżdżając pod budynek zauważam Dave'a, który najwidoczniej na nas czeka.
Parkuję pojazd i ruszamy w jego stronę.
- Cześć - lekko się uśmiecham i podaję mu dłoń.
- Brada nie będzie... - mówi po chwili.
- Dlaczego ? - Chester opiera się plecami o ścianę i zapala papierosa.
Rzuciłbyś to cholerstwo człowieku, później w całej chacie mi wali tym dymem.. Jeszcze mu się coś stanie przez to.
- Nie odbiera i nie otwiera drzwi.
- Kurwa, cudowna wiadomość ! Wiesz, że nie mamy gitarzysty w tej chwili a jutro rozpoczynamy trasę prawda ?! - jestem wkurzony i w końcu zaczynam przeklinać po japońsku. Czy ten wyjazd ma do cholery jakiś sens ?
Podchodzę do Chaza i opieram czoło o jego klatkę piersiową. Mam dość. Wszystko zaczyna się jebać i to na dodatek przeze mnie.
Dostrzegłem tylko kątem oka, że mężczyzna o którego się opieram wkłada papierosa do ust i odsuwa mnie od siebie.
- Mike, on może jeszcze wróci. Dodatkowo wiem, że siebie obwiniasz. Masz przestać, rozumiesz ?
Podnoszę głowę aby spotkać się z jego brązowymi tęczówkami. Te oczy mogłyby pochłonąć całego mnie.
Niestety ten piękny widok psuje dym ulatniający się z papierosa.
- Przestań palić.. - syczę i wyciągam mu fajkę z ust po czym złamaną rzucam na ziemię, aby po chwili zgnieść ją butem.
Mężczyzna milczy, chyba nie ma ochoty mnie denerwować jeszcze bardziej, no i słusznie !
Wchodzą do studia w trójkę zastajemy tam Roba i Joego, którzy bezskutecznie próbują nawiązać jakikolwiek kontakt z Delsonem.
- Michael, ty cofasz się w czasie ? - zapytał Hahn.
- Coo ?
- Dresy i bluzka, ubrałeś się jakbyśmy grali w dwutysięcznym roku - zaśmiał się.
- Joe, wybacz ale nie jest mi do śmiechu... - wycedzam przez zęby i siadam zdołowany na kanapie.
- Może zróbmy próbę i miejmy ją z głowy, co wy na to ? - zapytał Rob.
- Poradzicie sobie bez klawiszy, dajcie mi odsapnąć i poukładać myśli.
W ogóle wydaje mi się, że gdy mnie nie było, w domu to coś się stało. Chester jest za cichy i za grzeczny...

\,,/(◣_◢)\,,/ ςђคzzא \,,/(◣_◢)\,,/


czwartek, 13 kwietnia 2017

#14

Gdy Bradford wszedł do pomieszczenia, od razu wiedziałem, że to nie skończy się dla mnie dobrze, ja wyjdę obity albo on.. ewentualnie obaj.
Jego wzrok był skierowany na moją dłoń, która spoczywa w uścisku mojego chłopaka.
Emocje jakie kierowały Bradem były mi nie do końca znane. Przez jego twarz przemknął grymas ale zaraz po tym pojawiła się złość. No to mam wjeb...
- Shinoda, możesz mi wyjaśnić do cholery co tu się dzieje ?!
Wziąłem głęboki wdech i przełknąłem głośno ślinę. Sam nie wiem co mu odpowiedzieć. Skłamię po raz kolejny, to będzie źle, a jeśli powiem prawdę, to on mnie tutaj rozszarpie.
- Mike, ile to my się już znamy, przypomnisz ? - zrobił krok do przodu a jego dłonie powoli zaciskały się w pięści. - Rozumiem, że nawet tego nie pamiętasz ! - krzyknął rzucając się na mnie i przygniatając mnie do ściany. Wzrok Chaza był jednoznaczny i wręcz krzyczał "Zaraz zajebie tego gnoja !" Kiwnąłem mu tylko przecząco głową aby się nie wtrącał, bo chce sam to załatwić.
- Ja ci, to wszystko wyjaśnię, ale mnie zostaw do cholery ! - starałem się wyrwać z jego potrzasku.
- Ufałem ci, zawsze mówiłeś prawdę, a teraz się dowiaduję, że mnie cały ten czas mnie oszukiwałeś ?!
- Brad, wyluzuj trochę, to było dla... - mówiłem to trochę niepewnie, ale on mi przerwał.
- Zamknij się ! - To były ostatnie słowa jakie usłyszałem. Ciemność tylko to mnie teraz otacza. Dlaczego ja zawsze muszę dostać w głowę ?!
Otwierając powoli oczy przejechałem dłonią po włosach. Jedyny obraz jaki widziałem to rozmazane plecy Chestera.
- Tkniesz go jeszcze raz a uwierz mi Delson, pozbędziesz się wnętrzności ! - po jego głosie można wywnioskować, że jest wkurwiony nie na żarty. Widzę jak rozmazany punkt przygniata drugiego do ściany na przeciwko.
- Mike'a jeszcze bym mógł o to podejrzewać, ale ciebie ?! Pojebało cię Bennington ?! Jak można być pedałem do cholery ?!
- Bradford, ja dzisiaj nie ręczę za siebie... jeśli chcesz mi przywalić za to jaki jestem, to proszę bardzo - rzekł robiąc jeden krok w tył rozkładając ręce. - śmiało - dodał po chwili.
Kuszenie Brada, to nie jest rozsądny pomysł, ale Chaz wiedział, że będzie chciał to zrobić z największą przyjemnością. Nie czekając długo Delson ruszył na niego z pięściami. Moje powieki robiły się ponownie ciężkie. Nie, nie teraz !
Gdy po raz kolejny otworzyłem oczy ukazał mnie się obraz leżącego i zwijającego się z bólu Brada.
- Jeśli ci coś nie pasuje, to możesz odjeść z zespołu, nikt cię na siłę tutaj nie będzie trzymać - powiedział przez zęby podając dłoń leżącemu. Cały Chazz, wpierdol spuści ale pomoże temu co ucierpiał, jeśli go zna. I jak go tutaj nie kochać ?
Uśmiechnąłem się mimowolnie.
- Zastanowię się nad odejściem, bo propozycja jest kusząca. Z resztą nie mam stu procentowej pewności czy was zdzierżę - rzekł wstając z pomocą dłoni Chestera i po chwili wyszedł.
Patrzyłem na te wytatuowane plecy myśląc co będzie dalej. Jak Delson odejdzie, to co my zrobimy z trasą. Przecież jej od tak nie odwołamy i nie powiemy wszystkim, że Brad po prostu miał nas dość i zrezygnował z zespołu. On jest dla nas jak rodzina...
- Wszystko dobrze ? - nawet nie zorientowałem się kiedy Bennington przykucnął przede mną.
Kiwnąłem tylko głową, że nic mi nie jest i spuściłem wzrok. Nie mogę patrzeć na człowieka, który mi dupe ratuje, bo sam nie umiem się obronić przed napastnikiem. Dlaczego muszę być zawsze poniżany i bity ? Sam nie jestem w stanie bronić się, ja nie skrzywdzę nawet muchy, a gdzie człowieka, przyjaciela.. Może bym musiał iść na siłownie, aby zwiększyć swoją siłę ? Sam już nie wiem co mam robić.
Po chwili czuję dłoń na swoim policzku, mężczyzna przejechał przez niego kciukiem i pokręcił głową.
- To nic takiego, tylko kolejny siniak do kolekcji, nie przejmuj się, poza tym ty miałeś leżeć i odpoczywać, a nie bić się z Bradem - mówię cicho oraz podnoszę na niego wzrok.
- Nie mam zamiaru tutaj siedzieć, z resztą wiesz o tym, że nie lubię szpitali - odpowiedział podając mi dłoń, abym się podniósł. Z lekkim uśmiechem wstaję na nogi i przytulam Chestera. Teraz tego potrzebuję.. bliskości, jego bliskości. Nie chcę się załamać więc lgnę do niego jak mały piesek. On mnie również przytula. Milczymy przez jakiś czas, nikt nie chce się odzywać. Każdy z nas potrzebuje chwili ciszy na uspokojenie się.
- Jestem ciekaw co ty powiesz prasie na temat tych siniaków - usłyszałem jego cichy głos.
- Coś wymyślę, już moja w tym głowa.
- Okey, więc chodź - mówi i chwyta mnie za nadgarstek abym szedł za nim.
- Gdzie ? - marszczę brwi, nie jestem pewien gdzie on chce iść.
- Do domu, nie zostanę tutaj ani minuty dłużej.
- No chyba cię pojebało.. chcesz się po takim urazie po prostu wypisać ?
- Tak i nic nie zmieni moje zdania.
- Dlaczego ty musisz być taki uparty... - kręcę zrezygnowany głową i wychodzę z Chazem na korytarz.
- Co się tam s... Kolejny siniak ? - Dave chciał zapytać o coś innego ale chyba bardziej jego uwagę przykuł mój nowy kolego pod drugim okiem.
- Robota Brada... Możecie nas odwieźć do domu ? - zapytałem patrząc na swoje czubki trampek.
- Chester ogłupiałeś, chcesz już wracać ? - pytanie wydostało się z ust Joego.
- Tak, mówię jasno i wyraźnie. Czekajcie chwile, zaraz będę.
W tej chwili Bennington nas opuścił, prawdopodobnie poszedł załatwić wszystkie papiery.
Kurczę, martwię się o niego, najchętniej chciałbym aby tutaj został przez przynajmniej trzy dni. Nie daruje sobie tego jeśli mu się coś stanie.
Opieram się o ścianę i rozmyślam. Ile nas biedy by kosztowało jak by Delson odszedł..
- Brad zastanawia się nad odejściem - mówię praktycznie do powietrza, nie mówię do nikogo konkretnego. Moje słowa odbiły się echem ale po sekundzie czułem na sobie wzrok chłopaków.
- Co proszę ?
- Chester mu powiedział, że nikt go tuta nie trzyma i w każdej chwili może odejść.
- Pojebało go, czy co ? - Rob był załamany, on bardzo lubi Brada i zawsze z nim sztamę trzymał.
- Zobaczymy jak będzie...
W tej chwili przyszedł Chester z wszystkimi dokumentami.
- Możemy jechać - oznajmił a Farrell wyciągnął z kieszeni kluczyki.
- To jak do Chestera, czy do ciebie Mike ?
- Do mnie - powiedzieliśmy jednocześnie. Spojrzałem na niego lekko marszcząc brwi. Daj mi choć raz człowieku zdecydować.
- Jedź do Shinody - rzekł, a Dave skinął głową.
***
Przez całą podróż milczeliśmy. Nikt się nie odezwał. Ja byłem zły na Chaza, że nie został tam dłużej, ale nie będę mu przecież rozkazywał co ma robić, przecież jest dorosły...
- Dzięki Dave, widzimy się jutro, pakuj się powoli, bo pojutrze wyjazd.
- Jasne, cześć - powiedział i zniknął.
- Dlaczego tak bardzo chciałeś tutaj przyjechać ?
- Jak widzisz, wszędzie dobrze, ale w domu najlepiej.
Weszliśmy do domu, chciałem iść po prostu spać, miałem dość.
- To co planujesz ? - słowa mężczyzny myły przyjemnie i słodkie. Jego dłonie znalazły się nagle na moich biodrach, a głowa na moim ramieniu.
- Idziemy spać, ja mam dość tego dnia, wystarczająco dużo nerwów na ciebie straciłem.
- Mikey, nie bądź na mnie zły, przepraszam.
- Będę i tego nic nie zm... - w tej chwili znalazłem się na jego rękach.
- Puszczaj mnie i nie masz dźwigać !
- Przestań.. - zaśmiał się i poszedł ze mną na górę. Ja go w któryś dzień uduszę...

niedziela, 9 kwietnia 2017

#13

Godzina dwudziesta pięćdziesiąt trzy a ja czwarty raz wstawiam tą samą wodę na kawę. Pogrążam się w rozmyślaniach. A jeśli on znowu zrobi coś głupiego ? Może się naćpał bądź upił ?
Cały czas przed oczami pokazują mi się jakieś czarne scenariusze. Nie, Michael przestań tak myśleć, bądź dobrej myśli. Możliwe, że cały czas załatwia jakieś ważne rzeczy na mieście...
Pada deszcz, nawet pogoda ma już dość.
Gdy woda się wyłącza ja w końcu biorę czajnik w dłoń i zalewam kawę. Wzdycham ruszając do salonu.
Słyszę strzał, jeden drugi, trzeci. Żadna nowość.. w końcu mieszkam na totalnym zadupiu, gdzie co chwile ktoś strzela, albo popełnia samobójstwo.
Strzały stają się wyraźniejsze, jakby się zbliżały. Co to jakaś wojna ? Kręcę zrezygnowany głową i upijam łyk gorącego napoju. W tej samej chwili przypomniał mi się Chester, który pije praktycznie wrzątek. Na tę myśl mimowolnie się uśmiechnąłem.
Sięgnąłem po pilota i włączyłem telewizor.
Akurat wiadomości, no proszę.. ciekawe czego nowego się dowiemy...
Wszędzie nagłówki o takim samym temacie "Mike Shinoda i Chester Bennington", kolejny kanał "Czy Michael Shinoda jest gejem ?", gdy przełączyłem trzy kanały dalej zauważyłem, że leci jakiś serial, może dzięki temu zapomnę na chwilę o wszystkim.
- Przerywamy nasz program aby nadać informację na żywo. Na obrzeżach miasta w barze "66" doszło do strzelaniny, nie ma ofiar śmiertelnych, większość uciekła, jest kilku rannych, niestety bandyci pobiegli za ofiarami..." Dalej już nie słuchałem, gdyż zdziwił mnie widok jaki jest za reporterem. Stoi za nim Camaro, na dodatek to jest moje Camaro !
Kurwa... samochód jest, ale gdzie do cholery jasnej jest...
Moją myśl przerwało walenie do drzwi, nie był to normalny stukot kłykciami, a tak czy inaczej mam dzwonek, którym można zadzwonić.
Wstałem szybko z kanapy. Walenie było coraz mocniejsze, jak by ktoś na prawdę potrzebował tutaj wejść.
Pobiegłem do drzwi odkluczając je.
Widok jaki za nimi zastałem zamurował mnie.
Przez chwilę czułem się jak w innym świecie. Czas się zatrzymał. Stoi przede mną człowiek, który wygląda jak siedem nieszczęść.
Opada wręcz w moje ręce, widać, że nie ma siły.
Co do cholery mu się stało ?
Zatrzasnąłem szybko drzwi nogą i chciałem zaprowadzić mężczyznę do salonu jednak on cicho powiedział:
- Do łazienki, błagam... - te słowa były prawe nieme. Nie wiem jakim cudem one dotarły do moich uszu.
Uczyniłem to o co prosił, zaprowadziłem go do pomieszczenia a sam stałem i czekałem aż stamtąd.
*Chester*
Ledwo opieram się rękoma o umywalkę, mam dość tego dnia...
Patrzę w lustro próbując dostrzec człowieka odbitego w nim, jednak ja nawet samego siebie nie jestem w stanie poznać.
Mam zadrapaną twarz, krwawię z kilku ran ciętych jednak to teraz jest najmniej ważne, nie obchodzi mnie moja morda.
Wyjmuję telefon z kieszeni i widzę w nim dziurę, która jest prawie na wylot. Dlaczego prawie ?
Tkwi w nim jeden z pocisków.
Bez większego zastanowienia zdejmuję czarną koszulkę i patrzę na swoje żebra.
Niech by to ich szlag trafił !
Nie wiem jak ja tutaj dobiegłem, prawdopodobnie adrenalina, która we mnie buzowała pomogła mi w dotarciu do Mike'a.
Dotykam rany i cicho syczę, jest ona po nożu. Oberwałem nim między żebra. Nie wygląda to ciekawie, ale nie mam zamiaru jechać do szpitala.
Obmywam to miejsce wodą z mydłem i czuję jak nogi się pode mną uginają. Ból jest niesamowity.
Chcę krzyczeć, ale tego nie zrobię, nie chcę denerwować Shinody.
Sięgam po koszulkę i zakładam ją.
Wychodzę z pomieszczenia wpadając na mojego zbawiciela.
Sadza mnie na kanapę po czym każe mi wszystko mówić.
- Co chcesz konkretnie wiedzieć ? - mówię cicho sycząc i chwytając się za bok.
- Gdzie ty byłeś, co się stało, dlaczego nie odbierałeś telefonu ?! - krzyczy. Cholera człowieku ciszej proszę, głowa mi pęka.
- Telefon się rozładował, a teraz wygląda tak... - rzucam Samsungiem prosto na ławę. Przerażenie Spike'a jest nie do opisania - byłem u Sebastiana, musiałem podpisać zgodę na hospitalizację, spokojnie nic mu nie będzie - cicho się zaśmiałem lecz to pogorszyło moją sytuację. Bok zaczyna boleć coraz bardziej. Sycze mimowolnie.
- Co się dzieje, Chester, popatrz na mnie.. - słyszę jego głos ale nie mogę umieść głowy. Ból jest potężny, nie mam pojęcia jakim prawem tego wcześniej nie czułem.
- Wszystko w porządku, nie przejmuj się - szeptam - a stało się.. hmm. Pomijając fakt napaści na mnie przez starych kumpli to nic - siedzę skulony, tak niweluję chociaż odrobinę ból. Nie chcę mówić co tam dokładnie się stało.
Kogo to interesuje, że przez przypadek przywaliłem jednemu z dziennikarzy, a później się okazało, że on jest po prostu oszustem i nasłał na mnie swoich kolegów, którzy kiedyś też byli moimi kolegami..
Oczywiście przed tym wszystkim zrobiłem kilka ważnych rzeczy, między innymi  skontaktowałem się ze szklarzem, ubezpieczycielem i o godzinie osiemnastej zajechałem do baru.
Piłem ale nie drinki tylko wodę, nie chciałem się upić, bo miałem nadzieję, że pojadę do domu i odpocznę. Jednak tak się nie stało.
O dwudziestej wypiłem trzy szoty, a później przyszli moi "kumple". Chcieli we mnie początkowo wcisnąć zioło ale im odmówiłem, a później toczyło się tak wszystko, że nawet nie zauważyłem kiedy ich nóż wylądował pomiędzy moimi żebrami.
- Spójrz i powiedz mi to prosto w oczy - warknął.
Ja na to nie zareagowałem, bo w tym momencie urwał mi się film.

*Mike*

Nie wiem co się dzieje, on mi nic konkretnego nie powiedział. Widzę tylko, że ktoś go okaleczył.
Gdy zemdlał dostrzegłem na jego dłoni krew, dużo krwi..
Zdenerwowałem się. Podciągnąłem mu koszulkę i zobaczyłem rozległą ranę.
Łzy napłynęły mi do oczu, chciałem zacząć panikować ale ogarnąłem się i zadzwoniłem po pomoc.
Przez ten czas zanim przyjechała karetka starałem się go ocucić.
Jego klatka piersiowa cały czas się lekko unosiła.
Gdy ratownicy weszli do pomieszczenia zajęli się nim. Oczywiście ruszyłem z nim do szpitala. Musiałem tam jechać. Przez całą drogę trzymałem jego dłoń, czułem się wtedy trochę lepiej. Zauważyłem, że jeden z mężczyzn siedzących tutaj patrzy na mnie z byka. Nie reagowałem na niego.
Napisałem sms'a do Dave'a, że jestem w szpitalu wraz z Chesterem. On o dziwo odpisał bardzo szybko, że zaraz tam będzie i przy okazji da znak reszcie i przyjadą.
Po dziesięciu minutach podróży dotarliśmy przed budynek.
Wyszedłem z karetki, a ratownicy zabrali na noszach Chaza. Boję się o niego ma płytki oddech i na dodatek nic mi praktycznie nie powiedział.
Zatrzymano mnie przed drzwiami prowadzonymi do sali operacyjnej.
Westchnąłem. Wiem, że nie mogę tam wejść ale boję się o tego idiotę.
- Mike - znajomy głos dociera do moich uszu, to Dave - co z nim ?
- Rana kłuta, nie mam pojęcia co się stało. Ogólnie wygląda jak nieszczęście.
Mam dość tych przygód na dzisiaj.
- Ja pierdole...
- Chciałem powiedzieć to samo jak go zobaczyłem, ale nie mogłem.
Mijały minuty, które dla mnie ciągnęły się niczym godziny, cała reszta zdążyła przyjechać, a ja tylko czekałem na jakieś wieści.
Oby mu nic nie było...
Po dobrej godzinie lekarze wyszli z sali. Jeden z nich podszedł do mnie.
- Michael Shinoda ?
- Tak, to ja - uniosłem na niego wzrok.
- Mogę prosić pana na bok ? - zapytał.
- Oczywiście.
Wstałem z krzesła i odszedłem kawałek wraz z lekarzem, w tym samym czasie kątem oka zobaczyłem, że przewożą Chestera na sale. Poczułem jego dłoń na mojej ale tylko przez chwilę.
- A więc mamy powiadomić jaki jest stan. Otóż zaszyliśmy ranę między żebrami jak i łuk brwiowy, do tego mogę powiedzieć, że pacjent miał wiele szczęścia, gdyż rana nie uszkodziła płuc ani żadnego narządu.
Nagle wszystkie złe emocje ze mnie uciekły, byłem szczęśliwy, że nie stało się nic poważniejszego.
- Dodatkowo pan Bennington prosił aby pan do niego przyszedł.
Skinąłem tylko głową i podziękowałem za informację.
Bez większego zastanowienia ruszyłem od sali, gdzie leżał Chaz.
- Mikey - usłyszałem cichy zachrypnięty głos.
Usiadłem na fotelu, który stał obok łóżka i chwyciłem jego dłoń.
- Dziękuję... - wyszeptał i lekko się uśmiechnął.
Nie mogłem się powstrzymać, pocałowałem go.
- Nie rób mi tak więcej, ja od zmysłów odchodziłem..
W tej chwili wszedł do sali Brad.
No i kurwa będzie cyrk...

sobota, 8 kwietnia 2017

#12

Co się tam stało ? Nie ma mnie w domu zaledwie jeden dzień i już problemy. Szlag by to człowieka trafił. Kończę wiązać buty i już chcę wychodzić, jednak zatrzymuje mnie Shinoda.
- Zapomniałeś czegoś - rzuca we mnie koszulką.
- A, tak. Przyjadę to pogadamy - powiedziałem zakładając ubranie i zbiegłem na dół prosto na parking.
Odkluczyłem pojazd i wsiadłem za kierownice.
Odpalając Chevroleta poczułem jego moc. Bez większego zastanowienia ruszyłem z piskiem opon. Ominąłem chyba każdy korek, po postu zjeżdżałem w uliczki gdzie by nikt nie chciał jeździć i w myślach powtarzałem sobie, że musze tam dojechać cały i nie mam na dodatek czasu.
Parkuję przed wejściem i z przyzwyczajenia chciałem zamknąć samochód pilotem. Nic się nie zaświeciło... po chwili zorientowałem się, że on nie ma automatycznego zamykania.
Wsadziłem klucz w otwór i przekręciłem.
Teraz mogę udać się do budynku.
Oczywiście jak na złość zgraja reporterów przed salą... pewnie tam jest Sebastian.
- Bennington, przyszedłem do syna - mówię w recepcji.
- Proszę - wskazała na tłum ludzi.
Kurwa.. dlaczego ?
Po cholerę ich aż tylu ?
Dobra Chester, głowa w dół, z bara i wchodzisz do pomieszczenia. To najrozsądniejsza myśl jaka przyszła mi do głowy więc tak uczyniłem. Wyszło to na jakieś osiemdziesiąt procent.
- Gdzie pan był ?!
- Co znaczył pocałunek pana i Shinody ?!
- Ucieczka ?!
- Czuje się pan winny ?!
Tona pytań na którą po prostu nie mam czasu.
Wpadłem wręcz do sali, gdyż przypadkowo nadusiłem łokciem na klamkę, bez większego zastanowienia zamknąłem drzwi.
Patrzę na Sebastiana i zauważam, że śpi, choć on zwykle oszukuje w tych kwestiach.
Do pomieszczenia udało się wejść lekarzowi.
Muszę podpisać zgodę na hospitalizację.
- Mogę wiedzieć co się stało ? - pytam od razu.
- Było włamanie, jeden z dziennikarzy chciał zajrzeć od tyłu i zobaczył wybitą szybę oraz chłopaka leżącego na ziemi.
Wziąłem długopis w lewą dłoń i złożyłem podpis.
- Ile tu będzie musiał zostać ?
- Dwa dni, gdyż miał lekki wstrząs mózgu.
- Dziękuję za informacje - rzekłem, a lekarz tylko skinął głową i wyszedł.
- Dzięki, że w końcu się mną zainteresowałeś...
- Interesuję się, ale nie mam na wszystko czasu.
- Jasne... - odwracam się do niego.
- Słuchaj, chce jak najlepiej, wiem, że mi to nie wychodzi ale przynajmniej żyjesz - warczę.
- Wolałbym nie... - usłyszałem cichy głos. Zamknąłem oczy i zacisnąłem zęby, nigdy nie chciałem aby tak powiedział, to był dla mnie jeden z najboleśniejszych ciosów.
- Sebastian..
- Wyjdź, zostaw mnie. Nawet nie musisz przyjeżdżać w dzień wypisu. Po prostu mam cię dość.
Wiem, że nie dojdę z nim do porozumienia więc  spełniam jego życzenie...

*Mike*
Po wyjściu Chestera, czekałem może dziesięć minut na zjawienie się Phoenixa, który rzucił we mnie gazetą.
- Dumny jesteś ? - powiedział siadając zły na kanapie.
- O co ci chodzi ? - marszczę brwi patrząc na pierwszą stronę, gdzie widnieje moje zdjęcie jak całuję Chaza.
- Wiesz, że jak Brad to zobaczy, to was chyba rozszarpie, prawda ?
No tak, Delson nienawidzi homoseksualistów, a ja przed nim ukrywam, to już wiele lat. On Benningtonowi nie podskoczy ale ja jestem praktycznie bezbronny. Nie mam nic na swoją obronę.
Gdy wybiła dziewiąta zjawili się wszyscy, wszyscy oprócz Chestera.
- Mike, gdzie on jest ? - do moich uszy dochodzi głos Joego.
- Mówił, że się dzisiaj spóźni. Coś ważnego mu wypadło.
- Ile go niby nie będzie ?
- Sądzę, że godzinka mu zejdzie.
***
Godzina, jasne... minęły już trzy a ja stoję nad klawiszami zasłaniając dzisiejszą gazetę rękoma i patrząc w głupi ekran telefonu.
Dzwonie do niego po raz dziesiąty jednak od razu odzywa się poczta głosowa.
Zaczynam się denerwować. Patrzę na zdjęcie wykonane przed salonem Chevroleta i uśmiecham się mimowolnie. Cholera !
Niech on już przyjedzie.
Wychodząc z pomieszczenia był bardzo zdenerwowany i rozkojarzony, a co jeśli spowodował jakiś wypadek, albo coś mu się stało ?
Nie mam bladego pojęcia gdzie on może być.
Telefon Chaza ma mnie w dupie i każde kolejne połączenie kończy się tym samym. "Bennington, zostaw wiadomość"
Przynajmniej mogę usłyszeć jego głos.
- Odebrał w końcu ? - pyta Farrell podchodząc do mnie. On jako jedyny chyba wie jak się teraz czuję.
Kiwam przecząco głową.
- Może czas się zbierać i zrobić sobie wolne ? - wtrącił się Brad.
- Chcesz, to jedź w razie czego damy ci znać - powiedział Robert z lekkim uśmiechem.
- Trzymajcie się ! - po tych słowach wyszedł, a moje emocje coraz bardziej się mieszały.
Walczyłem z uczuciami.
- O co chodzi, co tak stoisz i do niego wydzwaniasz ? - pyta Koreańczyk.
Nie ma Bradforda więc mogę pokazać im dzisiejszą gazetę. Biorę ręce i opadam na kanapę.
Kolejna godzina mija na rozmyślaniach.
Na prawdę zaczynam się bać. Joe z Robem milczą, a Dave chodzi po pomieszczeniu zastanawiając się co robić.
- Chodź - słyszę głos rudego.
- Jedziemy go szukać, nie mogę na ciebie patrzeć.
Przymknąłem oczy i wstałem aby iść za nim.
- My pojedziemy w drugą stronę, może go znajdziemy - rzekł Bourdon.
- Ostatnio widziałeś go...
- W studio, dałem mu klucze do samochodu i gdzieś pojechał.
- Wiesz może gdzie ?
- Wydawał się zdenerwowany, pytał co się stało, może do szpitala, nie wiem... nie myślę już stary.
Wiedziałem, że Dave tam pojedzie. Ja całą drogę milczałem i patrzyłam przez okno albo na ekran telefonu licząc na to, że w końcu się odezwie, tyle czasu go nie ma..
Pod budynkiem nie ma mojego samochodu, czyli jego też tutaj nie będzie.
Ruszyliśmy w dalszą podróż. Kolejny przystanek... jego dom, jednak tutaj też pusto.
Nagle dzwoni mi telefon, już ucieszony chciałem odebrać ale na ekranie wyświetlił się "Joe".
- Co, znaleźliście go ? - wymruczałem.
- Niestety ale nie, może czas zgłosić, to gdzieś... - Hahn raczej nie jest zafascynowany jazdą po mieście.
- I tak nic nie zrobią, musi minąć dwanaście jebanych godzin aby zadziałali ! - krzyczę, gdyż nie wytrzymuję tego wszystkiego i się rozłączam.
- Dave, zawieź mnie do domu, chcę być sam, proszę... - mówię obojętnie, patrząc przed siebie.
Farrell, bez zbędnych pytań spełnia moją prośbę.
- W razie czego dzwoń - wzdycha lekko się uśmiechając kiedy docieramy na miejsce.
Kiwam tylko głową i idę do budynku.
Pustka.. nie ma nikogo. Jestem tylko ja i moje myśli, myśli, które nie dają mi żyć.
Zakluczam drzwi i odkładam klucze na półkę.
Potrzebuję jakiejś mocnej kawy...
W tym celu wchodzę do kuchni i wstawiam wodę.
Podpieram się łokciami o blat oraz spoglądam przez okno.
Gdzie ty idioto się podziewasz...

piątek, 7 kwietnia 2017

#11

*Chester*

Podjeżdżając pod dom nie spodziewałem się, żadnych samochodów. Ostatnio jest tutaj bardzo spokojnie i nikt mi nie patrzy w okna. Widząc jednak czarne jak smoła BMW i samochód transmisyjny z automatu odechciało mi się wchodzić do mieszkania. Nie ma sensu pchać się, bo i tak mnie zatrzymają. Cóż widzę, że w świecie show biznesu wieści szybko się rozchodzą.
Odjeżdżam na drugi koniec ulicy i dzwonie do Sebastiana.
- Młody jak możesz, to zasłoń okna i nie otwieraj drzwi.
- Dlaczego, co się dzieje ?
- Jeśli nie chcesz być ogłaszany w gazecie to zrób choć raz co ci każe - syknąłem, nie lubię głupich pytań.
- Okey.. - rozłączył się, a ja zawróciłem i udałem się do studia.
Dlaczego tam ? Z chęcią pojechałbym do Mike'a, ale powiedzmy sobie szczerze, jak oni są już u mnie, to zaraz będą u niego.
Zaparkowałem na tyłach budynku i wszedłem do środka tylnym wejściem, bez zastanowienia  wybrałem schody i pobiegłem do naszego pięknego pomieszczenia.
Chwyciłem w dłoń ponownie komórkę i wybrałem numer Shinody.
- Mikey... - odebrał po drugim sygnale.
- Coś się dzieje ? - zapytał.
- Nie otwieraj drzwi, bo... - w tej chwili usłyszałem pytanie.
- Wszyscy chcemy wiedzieć, co wydążyło się na parkingu Chevroleta. Co oznaczał ten pocałunek ?
- ... hieny będą zaraz u ciebie...brawo Michael.. - dokończyłem po chwili i rozłączyłem się.
W takim razie mam całe studio dla siebie. Co by tu ciekawego porobić ?
Wziąłem akustyka w rękę i zacząłem grać. Chciałem po prostu zabić czas, bo nie ma sensu stąd wychodzić. Oni nie odjadą spod domu do rana, a ja nie mam najmniejszej ochoty na tłumaczenia.
Po godzinie podszedłem do barku i zabrałem stamtąd jedno małe piwo. Nie chce się upić ale wiem w stu procentach, że nie wrócę do domu.
Wypiłem pół puszki i jakoś zaczęło mnie mulić. Usłyszałem bieg po schodach.
Kogo tu do cholery niesie ?! Powaliło was ? O tej godzinie ?
Tutaj o dziewiętnastej jest pusto ! Chyba, że liczy się ochrona..
Ten ktoś szarpnął klamkę. Zignorowałem, to. Drzwi się otwiera w drugą stronę...
Nie zauważyłem nawet kto wszedł, bo osoba ta zapaliła mocne światło.
Leżałem na kanapie z zasłoniętymi oczami przez rękę. Razi !
Moja koszulka walała się po kątach, a ja po kilku minutach zorientowałem się, że to Mike.
Nawet na niego nie spojrzałem, ale wiem, że stoi nade mną z niezadowoloną miną.
- Co ? - pytam gdyż chce mieć opierdol z nieznanych mi powodów za sobą.
- Znowu pijesz ?
- Okrólowało cię.. to jest małe piwo... trzysetka, wypiłem niecałe pół i podziękuję.
- Nic więcej ? - zapytał, a ja usiadłem na kanapie i spojrzałem na Shinode.
- Przyrzekam, czy te oczy mogą kłamać ? - lekko się uśmiechnąłem.
- Zastanówmy się.... tak mogą, ale powiedzmy, że ci wierzę.
- To po co przyjechałeś ? - zmieniłem temat.
- Musiałem uciec, a to był jedyny rozsądny pomysł.
- Ja zwiałem jak tylko zobaczyłem samochody przed domem.
- Nie mogłeś szybciej do mnie zadzwonić ? - mówi przez zęby.
- Przykro mi ale zadzwoniłem do ciebie jak tu dotarłem. Musiałem jeszcze powiadomić Sebastiana aby nie otwierał drzwi.
- Z wszystkiego musiałem się im tłumaczyć - wzdycha i siada obok mnie.
- Jak ty pięknie wyśpiewałeś wszystkie wiadomości, to będziemy na sto procent w gazecie.. - wywracam oczami.
- Przeszkadza ci to ? - zapytał patrząc na mnie tymi swoimi ciemnymi oczyma.
- Mi nie, ale media nie odczepią się od nas - lekko uniosłem kąciki ust i przybliżyłem się do mężczyzny siedzącego obok.
- Nie patrz tak na mnie - szepnąłem.
Mike po krótkim zastanowieniu się czy wykonać ten krok czy też nie, pocałował mnie.
Dzisiaj to on przejął inicjatywę, położył swoją dłoń na moim policzku po czym przechylił mnie do tyłu, aż do momentu zetknięcia się z kanapą łopatkami. Rozpłynąłem się, było mi już to obojętne co będzie dalej i jak się to potoczy.
Co on ze mną zrobił ? Nie pojmuję jak ja mogłem wytrzymać bez jego bliskości. Mikey znaczy dla mnie wiele, oby tak zostało.
Obawiam się tylko kolejnego wydania gazety. Co oni tam umieszczą, co im powiedział Mike ?
Mężczyzna powoli pogłębiał pocałunek.
Od jakiejś minuty czuję jego przyrodzenie na udzie. Ono bardzo chce się wydostać z tych spodni, jednak ja mu na to jeszcze nie pozwolę
Zjechał ustami niżej, na szyję gdzie zrobił mi malinkę. Oj chyba cię Shinoda trochę poniosło.
- Nie wytłumaczę się im z tego - szepnąłem i poddałem się pocałunkom.
Spike zaczął błądzić dłońmi po mojej klatce piersiowej, zjeżdżając niżej do brzucha i mojego paska. Moje ręce za to zwiedzały jego plecy aż do momentu kiedy chwycił klamrę.
Wiedziałem, że tego nie uniknę. Zdjąłem z niego koszulkę i rzuciłem na ziemię, a następnie dotarłem do spodni. Mam ułatwione zadanie, on nie nosi paska. Odpiąłem mu guzik i rozporek. Dolna część ubrania spadła z niego jak z manekina.
W pewnym momencie byliśmy całkowicie nadzy.
Przenieśliśmy się na podłogę gdyż kanapa była za mała.
Patrząc w oczy Mike'a pragnął mnie tu i teraz. Wyraziłem na to zgodę, wręcz chęć. Chciałem aby on był aż tak blisko mnie.
Stało się, po raz kolejny poddaliśmy się uczuciom.
Gdy skończyliśmy nasze igraszki, ja ubrałem dolną część garderoby i uśmiechnąłem się do Shinody, który siedział na podłodze i się na mnie patrzył.
- Wstawaj chłopie - podałem mu rękę.
Podniósł się a następnie mnie przytulił, rzucił się wręcz przez co upadłem na kanapę.
Nasze usta ponownie się złączyły, lecz po chwili przerwałem.
- Czuję się niezręcznie mając na sobie spodnie, a ty nie masz nic. Ubierz się, proszę...
Michael skinął głową i wykonał moje polecenie i wrócił na moje kolana.
Kontynuowaliśmy to do godziny dwudziestej czwartej.
Ja padałem na twarz, miałem dość już tego dnia.
Zaproponowałem Mike'owi abyśmy poszli do pokoju, gdyż tam jest normalne łóżko ale on stwierdził, że nie będzie ganiał o tej godzinie po korytarzu.
Usnęliśmy na kanapie. Shinoda był wtulony w moją klatkę piersiową, skąd to wiem ?
Budziłem się kilka razy w nocy.
***
Gdy zadzwonił mój telefon otworzyłem leniwie oczy i spojrzałem na ekran. "Sebastian" Co on chce o ósmej rano ?
- Coś się stało ? - pytam przecierając twarz dłonią.
- Możesz przyjechać do szpitala ? - w tej chwili zerwałem się z kanapy i zacząłem chodzić po pomieszczeniu.
- Chester ? - usłyszałem za sobą głos Mike'a, ale go zignorowałem.
- Co się stało ?! - krzyczę wręcz, bo nie umiem utrzymać nerwów na wodzy.
- Dowiesz się, jak w końcu się mną zainteresujesz i przyjedziesz... - rozłączył się, tak bezczelnie. Nic nie wiem.
Podchodzę do okna i wzdycham - dasz kluczyki od samochodu ? - zapytałem Shinode dalej patrząc przez okno.
- Chazz, co się dzieje ? - zapytał zaniepokojony.
- Po prostu daj i zostań tutaj, przy okazji załóż koszulkę, bo niedługo chłopaki się zjawią. Ja się spóźnię na próbę.
Mike podszedł do mnie i podał mi kluczyki oraz przytulił od tyłu - Jedź ostrożnie.. - na te słowa skinąłem tylko głową i poszedłem ubrać buty.

środa, 5 kwietnia 2017

#10

Własną mamę widzę raz na rok, góra dwa razy do roku.. dodatkowo tylko w święta. Chyba zaczynam się jej coraz bardziej bać. Patrzy na mnie. Czeka na jakieś wyjaśnienia, chce wiedzieć wszystko, a ja stoję jak słup oparty o futrynę i zastanawiam się co jej odpowiedzieć. Mówić prawdę czy lepiej nie...
Ona zawsze twierdziła, że ze mnie można czytać jak z otwartej księgi. Czyli jak ją okłamię, to mi będzie wypominać kłamstwo... Shinoda myśl.
- Tak... - szepnąłem spuszczając lekko głowę. Kątem oka zauważyłem, że Chester się na mnie patrzy.
Ja dobrze wiedziałem o co tej kobiecie chodzi...więc moja odpowiedź była jednoznaczna i jasna.
- Oczekuję od was panowie sensownych wyjaśnień - powiedziała, krzyżując ręce na piersi.
Zaproponowałem grzecznie aby udać się na zewnątrz. Nie chcemy raczej awantur w towarzystwie Sebastiana.
- Ja i ten tu pacan jesteśmy razem - wzdycham i sam łapie Chestera w pasie z lekkim uśmiechem
- Dlaczego go nazywasz pacanem ? On jest porządnym człowiekiem, prawda ?
- Oczywiście, zawsze mam wszystko pod kontrolą - mówi kierując swoja dłoń na mój bok.
Jak ty byś wiedziała co on potrafi wymyślić, to powiedziałabyś abym od niego spierdalał na kilometr.
- Kenji... - rzekła lekko niezadowolona.
Dlaczego jak ma mi coś ważnego do powiedzenia, to mówi to po japońsku ?
Zasypuje mnie toną  informacji, które wiem albo pytań, które nie powinny wydobyć się jej ust... nigdy !
Układając sobie stosowne zdania w głowie odpowiadam na wszystko.
Przez chwile nawet zacząłem się z nią kłócić, gdyż za bardzo chciała ingerować w moją przyszłość, do cholery jestem dorosły ! W tamtej chwili jeszcze bardziej przyciągnąłem Chestera do siebie, wręcz wtulając się w jego bok.
- Nie, nie wtrącaj się w to, okey ? - mówię w końcu, gdyż mam po prostu tego po uszy.
Matka zaczęła mi wytykać to ze nie raz Chazz doprowadzał mnie do białej gorączki, wkurzał i poniżał. Nie ma związku idealnego, a Bennington się zmienił.
- Michael, ja chce tylko abyś to przemyślał - stwierdza po pewnej chwili.
- Lepiej was zostawię samych. Przedyskutujcie sobie wszystko na spokojnie - rzekł chłopak i zaczął iść w stronę pokoju, a ja chwyciłem go lekko za dłoń. Nie chciałem aby teraz odchodził, lecz on udał się do salonu puszczając moja rękę. Wiedziałem, że nie jest zadowolony słuchając tego wszystkiego. Chester nie lubi wracać do przeszłości.
- On jest inny, to nie jest ten sam człowiek co był kilka lat temu - mówię spokojnie, bo nie chce więcej kłócić się z matką.
- Mike, on ma dziecko, skąd wiesz, że cię nie zostawi dla pierwszej lepszej kobiety ?
- On sam mi powiedział, że tylko czekał abym wyznał mu to co do niego czuję i wiem, że nie odejdzie.
- Masz pewność ?
- Tak, ufam mu - skłamałem... temu człowiekowi nigdy w stu procentach nie można ufać. Byłem za to bardzo pewny siebie. Chciałem żeby uwierzyła mi w te słowa i dała w końcu spokój.
- Możesz tego żałować - mówi lekko zirytowana.
- Moje życie, sam decyduje czy będę skakał po chmurkach z radości czy wdepnę w największe bagno.
- Chce abyś był szczęśliwy.
- Jestem. Skończmy już ten temat, mam go dość - syczę niezadowolony.
Wróciliśmy do salonu. Chester akurat rozmawiał z Sebastianem, ale gdy weszliśmy, przerwał.
Moja matka stwierdziła, że już pojedzie. Nie dziwię się. Mam jej dość, a ona mnie.
- Wrócę tu w dzień waszego wyjazdu. Dobrze było was zobaczyć panowie - uśmiechnęła się sztucznie.
- Jeszcze raz dziękuje - rzekł Chazz.
- Nie masz za co - po tych słowach wyszła z domu.
Nareszcie !
- Jeszcze raz ją sprowadzisz bez mojego pytania, to urwę ci łeb... - syczę chwytając go za koszulkę i przyduszam do ściany.
- Mikey, spokojnie.. się ciesz, że nie została na dłużej - nie ma miłego głosu. Sam jest zdenerwowany.
- Zginiesz za to kiedyś.. - wzdycham.
- Nie gadaj tyle - rzekł po czym mnie pocałował. Czy ja serio jestem aż tak na to podatny i się szybko uspokajam ?
W mojej kieszeni odezwał się telefon.
Wyciągam urządzenie i spoglądam na ekran.
Przyszedł mi sms, że dotarł mój samochód i mogę go odebrać.
W końcu ! Tyle za nim czekałem ! Nie będę musiał jeździć z Davem... ale chwila... przecież ja nie mam go nawet gdzie postawić, bo to jebane drzewo i samochód Chestera blokują wjazd do garażu i na podjazd.
- Dzwon do ubezpieczyciela, a ja zadzwonię aby usunęli to drzewo - mówię z uśmiechem do mężczyzny.
- Rozkaz - śmieje się i wykonuje telefon.
Gada i gada... końca nie widać. Tłumaczy wszystko, ale nie wspomniał kto wtedy tam zaparkował pojazd. Powiedział, że on sam tam był i nikt od niego nie pożyczał auta.
Nie chce mnie po prostu tym obarczać.
- To teraz tylko dostać się musimy do mnie, bo za jakieś trzydzieści minut będą służby.
- W takim razie rusz się - powiedział.
- Przecież na piechotę zejdzie nam w cholerę czasu... nie zdążymy - patrzę na niego unosząc brew.
- Zdążyć, zdążymy, chodź.
Zrezygnowany chciałem się kierować w stronę drzwi wyjściowych ale Chazz złapał mnie za nadgarstek i pociągnął do garażu.
Tu praktycznie nic nie ma. Są tylko rowery i .. syf. Powiedzmy sobie szczerze nie wiem kiedy on tutaj ostatnio sprzątał.
- Nie deptam, nawet na to nie licz, mogę jechać rowerem jak mnie na bagażniku weźmiesz - uśmiecham się szeroko.
- A czy ja coś mówiłem o jeździe rowerem ? - pokręcił głową. - Zaraz jestem - dodał po chwili.
Gdy on wyszedł ja udałem się na podjazd.
Minęły może cztery minuty. Brama od garażu otworzyła się, zastałem widok jaki mnie bardzo zdziwił, nigdy bym się tego po nim nie spodziewał.
Chester siedział na motocyklu, a dokładniej był to czarny ścigacz z czerwonymi zdobieniami.
- Wsiadasz czy będziesz tak stał i czekał na zbawienie ? - powiedział niewyraźnie podając mi kask.
- Od kiedy to masz ? - zapytałem zdziwiony.
- Nie ważne, później ci powiem, a teraz trzymaj się, chyba że chcesz spaść..
Wsiadłem na maszynę i łapie go w pasie. Czuję jak jego mięśnie się spinają.
Chazz nie czekając długo ruszył na jednym kole. Ja tu zawału dostanę !
Gnaliśmy jakimiś bocznymi uliczkami omijając wszelkie korki i połowię ulic.
Stanęliśmy przed domem po jakiś ośmiu minutach. Nie zapytam nawet ile jechaliśmy, bo wiem, że normalną drogą jadę do niego dwadzieścia minut.
- Koniec podróży - Chester zdjął kask i uśmiechnął się do mnie.
- Ostatni raz z tobą tym jadę - mówię uspokajając powoli oddech.
- Przesadzasz - wysunął nóżkę nogą i zszedł, a ja dalej siedziałem jak ten kolek... Jak mi się to przewróci, to będzie cud !
Nie mam na co czekać. Schodzę z tego po czym odkładam kask na siedzenie.
- Moje biedne maleństwo... - usłyszałem głos Chaza.
Odwróciłem się w jego stronę i zauważyłem jak gładzi mercedesa po dachu.
Serio chłopie, serio ? Wywracam oczami i do niego podchodzę.
- Wyklepiesz - śmieje się, kładąc mu dłoń na ramieniu.
- Taa, jasne. Jak to już na złom się nadaje - mruczy pod nosem.
- Jakie ty stary masz problemy.. - kręcę zrezygnowany głową.
- No ale.. miałem go trochę czasu.. najwidoczniej czas na coś nowego - wzdycha.
***
Po jakimś czasie przyjechały dwa samochody. Jeden z ubezpieczalni a drugi to służby.
Każdy zajął się swoimi sprawami. Ja czekałem aż usuną mi to zjebane drzewo, a Chester dyskutował na temat szkód.
Choć patrząc na jego minę nie jest zadowolony.
Po jakiejś godzinie wszystko załatwiliśmy. Niestety Chaza samochód pojechał na złom.
- Podrzucisz mnie pod studio ? - zapytałem z lekkim uśmiechem.
- Nie chciałeś ze mną jeździć... - powiedział krzyżując ręce na piersi.
- Proooszę... muszę tam dotrzeć.
- Powód ? - zapytał unosząc brew.
- Dotarł mój samochód. Chcę go odebrać a ze studia to pięć minut piechotą.
- Dobra, podwiozę cię nawet pod ten salon.
Chester wziął swój kask i wsiadł na motocykl, uczyniłem po chwili to samo.
- Nie szarżuj tak, okey ?
Cisza po jego stronie nie jest dobrym znakiem, szczególnie teraz. Rozmyśla nad czymś...
Wyjechaliśmy spokojnie z podwórka i pojechaliśmy skrótem do salonu. Spokojna podróż, żadnych wygłupów i popisów.
Razem z nim zszedłem z maszyny. Zostawiliśmy LS'y* na siedzeniu i poszliśmy do środka.
- Witam. Widzę, że dzisiaj chce pan już zobaczyć swój samochód.
- Oczywiście, chciałbym się pośpieszyć z papierami.
- Tylko niech pan zobaczy pojazd i możemy dokona formalności, proszę za mną.
Ruszyłem za mężczyzną i zobaczyłem mojego pięknego Chevroleta Camaro SS z 1969.**
Dziwicie się dlaczego wybrałem takie auto, ale ono jest po prostu piękne, a ja lubię stare bryki.
- Żeś sobie złom wybrał - szepnął ze śmiechem Bennington.
- Cicho, mój przynajmniej na złomowisku nie stoi...po roku.
***
Porozmawiałem chwilę ze sprzedawcą, podpisałem papiery i mogłem jechać do domu.
Wyjechałem zadowolony, ale wysiadłem z pojazdu i podszedłem do Chestera.
- Dziękuję ci za przywiezienie mnie tutaj - pocałowałem go zanim zdążył powiedzieć cokolwiek. On to odwzajemnił.
- Jak będzie nasze zdjęcie jutro w gazecie, to cię uduszę, wiesz dobrze, że tutaj jest pełno paparazzi.
- Najwyżej, zobaczymy się jutro. Jedź już do siebie - rzekłem i ostatni raz musnąłem jego usta...

* - Firma produkująca kaski motocyklowe
** - http://screenshot.sh/ouGSFY15Lwr4g

poniedziałek, 3 kwietnia 2017

#9

Jego odpowiedź odbiła się echem w moich uszach. Głuche nie, które boli, kłuje i nie daje żyć. Wzdycham zawiedziony pragnę aby przestał się tak zachowywać, ale niestety wiem, że na razie nie wróci do tego co było przed "wypadkiem".
Czuję się odtrącany i jest mi z tym źle.
Mike nadal trzyma dłoń na mojej klatce piersiowej a ja patrzę mu z nadzieją w oczy.
- Nie...- powtarza jeszcze raz i robi krok w tył.
- Mikey.. - szepcze.
- Chester, nie naciskaj. Przyjdzie na wszystko czas.
Zamykam oczy i odwracam się na pięcie w stronę wejścia
- Chodź, bo chłopaki nas ochrzanią - mówię obojętnie otwierając szklane drzwi.
Ruszam szybkim krokiem pokonując minimalnie dwa schody jednocześnie.
Jestem zły więc nie mam ochoty na żadną jazdę windą.
Dotarłem do pomieszczenia gdzie byli wszyscy, za mną kroczył Mike w ciemnych okularach.
Atmosfera między nami była tak gęsta, że można by ją kroić nożem.
Poszedłem na swoje miejsce, a Shinoda na swoje.
- Możemy zaczynać ? - zapytałem równocześnie z Kenjim.
Mężczyzna przez chwilę spojrzał na mnie, ale zaraz wrócił wzrokiem do swoich klawiszy.
- Na rozgrzewkę Crawling ? - zapytał Dave wyrywając mnie z rozmyślań.
Wzruszyłem tylko ramionami na znak, że jest mi to obojętne.
- Spike ? - dodał po chwili.
- Jest mi wszystko jedno - rzekł.
- Chłopaki co dzisiaj z wami ? - pytanie padło z ust Joego.
- Nic, wszystko po staremu - uśmiecham się i podchodzę do Mike'a, aby pokazać Koreańczykowi, że wszystko dobrze. Przy tym kładę rękę na ramię mężczyzny.
- Jeszcze raz tak zrobisz, a przysięgam, że własnoręcznie urwę ci jaja... - mówi szeptem Spike oraz się szyderczo uśmiecha.
- Widzisz Joe, jest okey - uśmiecham się i zabieram rękę.
Kątem oka dostrzegam, że Dave wywraca oczami.
Po piętnastu minutach zaczęliśmy tą nieszczęsną próbę. Ja mam dość jak na dzisiaj ale wiem, że to dopiero początek. Zaśpiewaliśmy kilka utworów i stwierdziłem, że muszę wyjść.
Czułem cały czas wzrok Mike'a na sobie. Ja starałem się na niego nie patrzeć a ten wręcz przeciwnie. Moje pilotki na szczęście zasłaniały jego oczy więc chłopaki nie wiedzieli gdzie skierowany jest wzrok Shinody.
Udałem się przed budynek i usiadłem ns schodach zapalając papierosa.
Wyciągam z kieszeni telefon i szukam pewnego numeru.
Dlaczego ja mam ich tak dużo ?! Na dodatek mam jakoś inaczej zapisaną tą osobę.
Przeleciałem wszystkie numery cztery razy aż w końcu przypomniałem sobie, że osoba ta zapisana jest jako "haha"
Napisałem sms'a z pytaniem czy przybędzie na miesiąc.
"Ohayo, Chester ! Z przyjemnością, mogę dzisiaj również przyjechać, aby zobaczyć co u was chłopaki"
"Arigato, będę wdzięczny" - odpisałem szybko, bo czas mnie goni.
"Do zobaczenia w takim razie"
Uśmiechnąłem się na chwilę. Jedną sprawę już załatwiłem.
Niespodziewanie poczułem dłoń na ramieniu.
- Chodź. Każdy chce, to jak najszybciej skończyć.
- Przysłali cię tu aby mnie pogonić ? - wzdycham.
- Sam przyszedłem - rzekł wyciągając w moją stronę dłoń.
- Jesteś na mnie zły, nie chce aktualnie twojej pomocy... - podnoszę się bez jego pomocy i idę do góry.
On mnie zabije jak się dowie co wymyśliłem...
- Tak się o mnie wielce martwicie ? - wycedziłem przez zęby.
- Ty i Mike zachowujecie jak dzieci. Widać, że jesteście na siebie wkurzeni. Może przywalcie sobie w twarz nawzajem i wam przejdzie, co ?! - Brad ma zawsze dziwne pomysły.
- Z chęcią bym mu przywalił - rzekł Shinoda wchodząc akurat do pomieszczenia.
- To na co czekasz ?
- Brad, nie zrobię tego, bo jeszcze mi odda - syczy przez zęby.
- Wiecie co..jak ma tak wyglądać ta próba, to ja dziękuję ! - wychodzę, mam dość.
Słońce razi mnie jak cholera, ale moje okulary ma Spike.
*Mike*
Teraz to serio go walne.
- Idź po niego. Wiesz jaki on jest.. - słyszę głos Dave'a.
- Sam nie możesz iść ? - warczę.
- Michael...
Jestem zły ale nadal mi na tym głupku zależ. On jest na tyle głupi, że znając go albo ponownie się naćpa, bądź upije.
Nie zważając na ból kostki biegnę za nim.
- Chester, czekaj !
Po cholerę mnie słuchać. Nie zwrócił nawet na mnie uwagi.
- Chaz ! - nadal nic. Idzie jak święta krowa i nic go nie interesuje.
Doganiam go i chwytam za koszulkę, ale on się wyrywa. Ma mnie po prostu w dupie.
Staję przed nim i zapieram się o niego rękami.
- Daj spokój - mówię wręcz błagając.
- Przecież chcesz mi przywalić, proszę bardzo rób jak uważasz !
- Przestaniesz ?! Zachowujesz się jak rozpieszczony dzieciak !
- Ja ?!
- Tak ty ! Wkurwiasz mnie ostatnio na każdym kroku !
- To na chuj za mną łazisz ?!
- Bo cię kocham idioto ! - krzyczę i przyciągam go do siebie po czym całuję.
Czy mi właśnie tego do uspokojenia brakowało ? Potrzebuję jego bliskości.. i w tej chwili się złamałem. Mój zakaz właśnie sam złamałem. Pozwoliłem mu aby mnie przytulił. Jednak jestem słaby. Teraz jestem zły na samego siebie...
***
Wróciliśmy do studia, aby zakończyć tą próbę.
Z twarzy Benningtona można nadal wyczytać złość, ale ja czuję ulgę, jest mi jakoś lepiej.
- Nie zabiliście się ? - mówi Rob, gdy tylko przekraczamy próg.
- Jak widać żyjemy - mówię ze sztucznym uśmiechem.
- Czym szybciej zaczniemy tym szybciej skończymy... - wzdycha zrezygnowany Robert.
- I tak muszę wyjść o czternastej - Chaz mówi jak by to była norma
- Dlaczego ? - pytam zdziwiony.
- Mam powód.
Próba minęła w sympatycznej atmosferze, co było aż dziwne, patrząc na nasze spięcia rano.
Złapałem Chestera zbiegającego ze schodów.
- Idziesz do siebie ?
- A jak myślisz ? - unosi lekko brew.
- Mogę iść z tobą ? - nie wiem dlaczego ale po prostu chce.
- Chodź, nie zabronię ci, bo wiem, że i tak za mną poleziesz.
W porównaniu do mnie on mieszka blisko studia, więc droga zajęła nam piętnaście milczących minut.
- Sebastian jestem ! - krzyczy i odkłada klucze.
- W końcu. Cześć Spikey - uśmiecha się chłopak wyjeżdżając z pokoju.
- Załatwiłem ci profesjonalną opiekę, zostaniesz w domu w trakcie naszego wyjazdu ale ktoś będzie z tobą.
- Coś ty wymyślił ? - sam zaczynam się zastanawiać.
- Zobaczysz - uśmiecha się.
Czy on się pierwszy raz dzisiaj szczerze uśmiecha ?!
Zdążyłem zdjąć okulary i zadzwonił dzwonek do drzwi.
Gdy Chester je otworzył zamurowało mnie.
*Chester*
- Arigato, za przyjazd - uśmiecham się i wpuszczam kobietę do domu.
Sebastian zawsze chciał poznać japońskie tradycje i cenił tą kobietę. Znał ją ale ona wpadała tutaj rzadko.
- Mia ! - krzyczy zadowolony.
Mina Mike'a wyrażała wszystko. Złość, radość,  smutek, troskę, zdziwienie i wiele innych.
Zaczęli gadać ze sobą po japońsku. Ja za cholerę tego nie rozumiem.
Michael coś krzyczy, podejrzewam, że mnie wyzywa i opowiada za pewne dlaczego ma taką śliwę pod okiem.
- Jesteś głupi - mówi do mnie niezadowolony.
- Dzięki za komplement - wyszczerzyłem się.
Gdy Mia poszła porozmawiać z Sebastianem ja ruszyłem z Shinodą na górę.
- Na cholerę sprowadzasz tutaj moją matkę ?!
- Uwierz, że sama mi kiedyś oferowała opiekę nad Sebastianem, a nie chciałem jej męczyć młodym dzieckiem.
- I teraz nagle cie olśniło, że możesz ją o to tak prosić ?!
- Przestań się wkurzać...
I od tej chwili nic nie rozumiem. Choć patrząc na Mike'a to wygląda jak wściekła małpa w zoo, ale podejrzewam, że wyzywa mnie jak tylko może.
- Skończ.. - mówię i całuję go aby się uciszył.
- Watashi wa, anata ga daikiraidesu - mówi po pocałunku.
- Też cię kocham - uśmiecham się szeroko.
"Nienawidzę cię", te słowa padły z jego ust. Skąd je znam ?
Nie raz mi to mówił. Można sobie, to utrwalić.
- Teraz się przymknij, bo moja matka, to jeszcze usłyszy i co sobie pomyśli ?
- Przecież ona wie, że się we mnie kochasz - wywracam oczami.
- Ale nie wie, że jesteśmy razem, więc się ścisz, proszę.
- A co będę z tego miał ? - uniosłem brew.
- Coś, kiedyś na pewno, teraz cicho - westchnął.
Muskam szybko jego usta i schodzimy na dół.
Mia oraz Seba siedzą i malują jakieś znaczki. No tak.. to ich język, te piękne domki, szlaczki.. jak by nie mogli pisać normalnie.
Stanęliśmy w futrynie. Ja oparłem się o jedną stronę, a Mike o drugą.
- Jak wy się świetnie bawicie - stwierdził Shinoda.
- O, moi mężczyźni - kobieta wstała i podeszła do nas i spojrzała na Mike'a pytającym i przenikliwym wzrokiem...

niedziela, 2 kwietnia 2017

#8

Te ręce, znam je doskonale, one już zwiedzały kilka razy moje ciało. Nie chcę o tym pamiętać, najchętniej wyrzuciłbym te myśli z głowy. Niestety nie jest to takie proste do zrobienia.
- Kazałem ci się nie zbliżać do mnie - syknąłem uwalniając się od niego - po co tutaj w ogóle przyszedłeś ? - pytam krzyżując ręce na piersi i zerkając na niego spod okularów.
- Nie odbierasz telefonów, myślałem, że coś ci się stało - powiedział wzdychając i przejechał dłonią po swoich niedługich włosach.
- Nie licząc lekko pękniętej kości policzkowej i skręconej kostki, to jest wszystko dobrze. Zadowolony ?
Szczerze w środku cieszyłem się jak mały dzieciak, który widzi swojego najlepszego przyjaciela po latach. Martwi się o mnie, przyszedł w tak paskudną burzę tutaj, do mnie, ale z drugiej strony nadal jestem na niego wściekły i bym go wywalił na zewnątrz oraz zatrzasnął mu drzwi przed nosem.
- Przywaliłem ci aż tak mocno ? - rzekł i posmutniał w jednej chwili.
- Niestety ale tak - zdjąłem okulary, bo nie ma sensu ukrywać tego przed Chazem, przecież wie jak to wygląda - wchodzisz, czy masz zamiar ryzykować życie na powrót do domu ?
- Raczej zostanę - szepnął.
Zanim Bennington zdjął buty i przemokniętą bluzę, ja poszedłem do kuchni wstawić wodę.
Nie jest to najmądrzejszy pomysł aby o godzinie dwudziestej pić kawę, ale ja po prostu potrzebowałem tego. Muszę myśleć co robię.
- Ustaliliśmy z Farrellem datę wyjazdu.
- Jaką ?
- Równo za tydzień - powiedziałem pod nosem, bo wiedziałem, że mu to się nie spodoba.
- Co, dlaczego tak szybko ? - zmarszczył brwi.
- Czas się stąd wyrwać, nie ma na co czekać, później będziemy nagrywać, wywiady... sranie w banie nie będzie czasu - machnąłem ręką
- Reszta się zgodziła na ten termin ?
- Tak, ty dowiadujesz się ostatni.
- Wielkie dzięki... - Chester usiadł z obrażoną miną w fotelu.
- Też cię kocham - rzekłem z uśmiechem ale po chwili najchętniej uciął bym sobie język, nie chciałem tego powiedzieć ale coś mnie podkusiło.
Mężczyzna tylko spojrzał na mnie pytającym wzrokiem. Dla mnie to chyba lepiej, że nic nie odpowiedział.
Wszedłem do salonu z dwoma kubkami. W jednym była herbata z cytryną dla Benningtona, a w drugim kawa rozpuszczalna.
- Przepraszam cię... - usłyszałem nagle z jego ust. Nie spodziewałem się tego. Zauważyłem, że przeciera twarz dłońmi.
- Nie cofniesz się w czasie. Było minęło, nie będę ciągnął tego wieczność, więc wewnętrznie ci już wybaczyłem, ale nadal masz trzymać łapy ode mnie z daleka - westchnąłem.
- Przynajmniej mi wybaczyłeś - chwycił gorący napój w dłonie.
Ten człowiek jest jak magnes. Pragnę jego bliskości, ale nie mogę pokazać, że jestem słaby. Musze wszystko przemyśleć dziesięć razy. Nie mam pojęcia o czym teraz on myśli, może zastanawia się nadal co mu wtedy odbiło, albo rozmyśla nad trasą. Ten człowiek jest zagadką. Jeśli rozmyśla nad czymś ważnym, to jego wzrok jest nieobecny, ale jeśli jest to błahostka, to często sam do siebie się uśmiecha.
Aktualnie nie wiem jak opisać jego stan. Patrzy w ścianę za mną i od czasu do czasu można zaobserwować uśmiech na jego twarzy.
- Chester, w porządku ? - zapytałem niepokojąc się jego stanem.
- Hm ? Tak, tak - spojrzał na mnie i się uśmiechnął.
- Nad czym myślisz ?
- Musze coś zrobić z Sebastianem, a teraz mam mniej czasu.
- Masz już jakiś pomysł ?
- On chce zostać w domu, ma szkołę ale ja go samego nie zostawię..
- Stary on ma piętnaście lat - wywróciłem oczami
- Wiem przecież - upił łyka herbaty - dobra.. wiem co zrobię.
No i wpadł na jakiś głupi pomysł.
Chciałem włączyć telewizor, ale jak na złość właśnie wywaliło prąd na całej ulicy.
- Kurwa.. - szepnąłem biorąc telefon w dłoń z zamiarem zapalenia ekranu. Nic z tego, rozładowany.
Wziąłem komórkę Chaza, która leżała na stole i włączyłem sobie latarkę.
Pokuśtykałem do pokoju obok po jakieś świeczki, bo nie chce siedzieć po ciemku, a mu baterii nie będę rozładowywał z takiego głupiego powodu.
Wróciłem do salonu z kilkoma świeczkami i postawiłem je na stole.
Bennington bez większego zastanowienia wyciągnął zapalniczkę ze spodni i podpalił knoty.
- Romantycznie - zaśmiałem się i stanąłem za Chazem opierając ręce na jego ramionach.
- Rozumiem, że ja mam się do ciebie nie zbliżać i cię nie dotykać a ty możesz ? - uniósł brew.
- Dokładnie - rzekłem muskając mu lekko ustami policzek.
- Nie rób mi tak, bo się nie powstrzymam i złamię ten twój durny zakaz.. - mruczy.
- Nawet nie próbuj - cicho się śmieje.
***
Wielkimi krokami zbliżała się godzina pierwsza w nocy. Chester cały czas u mnie siedzi, dostał kilka wiadomości od Sebastiana czy wraca do domu, ale on napisał, że w taką pogodę woli nie ryzykować. Czy mi to pasuje ? Nie za bardzo, miałem się od niego izolować, a sam lgnę wręcz do niego. W tej chwili siedzimy na kanapie.. hm inaczej. Ja siedzę a Chester śpi, bo powiedziałem mu, że jego obowiązuje jeszcze zakaz snu ze mną.
Wypadałoby abym poszedł do pokoju i położył się w końcu, tym bardziej jeśli jutro zaczynamy o dziewiątej próbę.
Problem jest taki, że próbowałem zasnąć ale nie mogę, nie jestem w stanie.
Shinoda jesteś idiotą.
Gładzę go po policzku i uświadamiam sobie, że na prawdę potrzebuję snu. Jestem wykończony psychicznie.
- Śpij dobrze.. - szepcze i wstaje aby udać się do łazienki.
Gdy wszedłem do pomieszczenia popatrzyłem w lustro. Siniak ma bardziej fioletowy kolor niż rano, chyba, że już niedowidzę. Zmęczenie robi swoje..
Udałem się pod prysznic, chłodna woda otuliła moje ciało, a ja najchętniej bym się stąd nie ruszał.
Piętnaście minut później wyszedłem spod natrysku.
Mój pokój, moje łóżko. To jest mój cel. Czas spać Mike... czas spać.

*Dave; rano*
Wpół do dziewiątej, a ja staję pod posesją Kenjiego.
Co tu się do cholery stało ?!
Drzewo na samochodzie, ledwo można dostać się do drzwi.
Chwila, od kiedy Mike ma samochód ? - dziwię się i gdy dochodzę do wejścia odwracam się i patrzę na przednią rejestrację.
LPCB76, to raczej nie Mike'a.
Co tu on robił ?
Dzwonie dzwonkiem i czekam aż ktoś łaskawie mi otworzy.
Mija pięć minut. Cisza..
Wykręcam numer do Shinody, ale odzywa się poczta głosowa.
Jeśli tutaj jest samochód Benningtona, to on też tutaj musi być. Warto zaryzykować. Dzwonie.
- Bennington... - słyszę zaspany głos.
- Jesteś u Shinody ?
- Yhym - wzdycha.
- Zaraz jest dziewiąta, weźcie otwórzcie mi drzwi.
- Okey - mruczy i się rozłącza.

*Chester*
Gdy Dave powiedział mi, która już jest godzina zerwałem się z łóżka i pobiegłem obudzić Mike'a.
On spał tak słodko.. ale jak to mówią, ja nie mam serca.
- Wstawaj, Farrell przyjechał - mówię i szturcham go w ramię.
- Nie dotykaj mnie - syczy.
- Próbę zaraz mamy, wstawaj leniu ! - krzyczę i ciągnę jego kołdrę.
- Co ?! - i to się nazywa zapłon.
Wystrzelił do łazienki zabierając ze sobą ubrania.
W tym czasie ja poszedłem otworzyć te nieszczęsne drzwi Phoenixowi.
Farrell wszedł do środka i czekał wraz ze mną na Shinode.
Jako jedyny on nie umie się wyrobić w pięć minut.
Biegnie jeszcze po telefon i ładowarkę po czym wychodzimy.
- Co ci się stało z samochodem ? - pyta rudzielec.
- Mike go zabrał, a przez tą burzę wygląda jak nieszczęście. Będę musiał zadzwonić do ubezpieczalni, a Spike aby usunęli mu to drzewo.
***
Jedziemy do studia dobre dwadzieścia minut. Korki niestety są nieuniknione.
Dave idzie do chłopaków a ja jeszcze chwilę zostaje z Mike'iem na zewnątrz.
- Ja tak dłużej nie wytrzymam - mówię po czym całuję chłopaka stojącego na przeciwko mnie, on to odwzajemnia, ale po chwili kładzie mi na klatkę dłoń i lekko odpycha.
- Miałeś się nie zbliżać.
- Daj już spokój, proszę... - mówię błagalnym głosem...