Nie może tak być, że się go wręcz boję.
On nadal nic nie wie. Pewnie zastanawia się dlaczego nie powiedziałem mu nawet głupiego cześć.
Gdy usłyszał słowa, żeby mnie nie dotykał, cofnął dłonie.
Wziąłem kubek z herbatą i zakrywając nim spore limo udałem się do salonu.
- Dlaczego kulejesz ? - zapytał gdy tylko usiadłem.
- Spadłem ze schodów - powiedziałem krótko. Szedł w moją stronę. Przesunąłem się na drugi koniec kanapy aby zasłonić to co mi zrobił.
Upiłem łyk napoju i zauważyłem, że pod stołem nadal leży butelka Jeck'a Danielsa.
- Pamiętasz to ? - kopnąłem w jego stronę szkło.
- Ja to wypiłem ?
- Czyli nie pamiętasz..
- Co ja robiłem ? Pamiętam tylko jak rozmawiałem z Sebastianem i on chciał z tobą później pogadać.
- Dalej już nic ?
- Nie, przypomnij mi... - rozsiadł się w fotelu.
- Pomijając fakt uchlania się, chęci zapalenia jointa i pobicia mnie to nic nie zrobiłeś... - powiedziałem jak by nic się nie stało i wziąłem kolejnego łyka napoju.
Przez chwilę była cisza. Ani ja ani on się nie odezwaliśmy.
- Chwila, co ? Ja ciebie pobiłem ? Michael nie rób mnie w chuja.
- A śliwę to sobie sam kurwa nabiłem ?! - krzyknąłem i odwróciłem się do niego sinym bokiem - zrobiłeś mi to kiedy wylewałem alkohol. Zacznij się leczyć, bo daleko nie zajdziesz jeśli będziesz codziennie schlany !
Z jednej strony najchętniej bym stąd wyszedł i nie wracał ale trzyma mnie tutaj świadomość, że Chazz może wymyślić coś głupiego.
- Mike, ja...
- Nic nie mów, po prostu do mnie się nie zbliżaj, jasne ?
Wziąłem ostatniego łyka herbaty i poszedłem sprawdzić czy Sebastian śpi.
Oczywiście, że nie. Chłopak ma słuchawki na uszach.
- Seba - szturcham go lekko w ramie, a ten odwraca na mnie wzrok.
- Cooooooooo... - chciał coś więcej powiedzieć ale moja twarz najwidoczniej go tak zszokowała, że wypowiedział jedno słowo.
- Jadę do domu, jak by on coś odwalał to dzwoń - powiedziałem ciszej, bo pewnie Chester stoi za drzwiami i słucha - trzymaj się - przybiłem mu piątkę i wyszedłem trafiając prosto w łapy Chaza. Czyli miałem rację, pan gumowe ucho wszystko musi wiedzieć.
- Weź ręce - syknąłem.
- Mike...
- Nie, biorę twój samochód i jadę do siebie. Przy okazji wjadę do szpitala - rzekłem wyrywając się z jego ramion.
- Gdzie masz kluczyki ? - zapytałem wściekły.
- W kurtce - odpowiedział zrezygnowany. Zrobiło mi się go żal.
Wsiadając do mercedesa wiedziałem, że źle robię. Nie mogę patrzeć na jego minę. On cierpi w środku, ale ja cierpię z bólu.
Gdy brama się otworzyła wycofałem i z piskiem opon ruszyłem w stronę szpitala.
Nie była to przyjemna podróż, gdyż przejazd przez centrum jest męczący.
Ze schowka wyciągnąłem okulary przeciwsłoneczne Chaza i ruszyłem do środka.
Rejestracja i czekanie, dwie najlepsze rzeczy jakie mogą być w tym miejscu...
- Shinoda ! - usłyszałem czyiś głos. W sumie nie potrzebnie unosiłem głowę.
Zleciały się do mnie jakieś trzy dziewczyny, na szczęście nie były zbyt upierdliwe i chciały tylko podpis i wspólną fotkę.
Widziałem, że w moim kierunku zbliżają się kolejne osoby. Na szczęście akurat zostałem przyjęty.
Okazało się, że kostka jest tylko stłuczona, więc mam unikać chodzenia i robić okłady. Całe szczęście. Co do mojego pięknego limo w kolorze śliwki, informacje nie są tak zachwycająco dobre. Mam lekko pękniętą kość policzkową i siniak będzie długo schodził oraz może stać się bardziej intensywniejszy.
Podziękowałem za wizytę i ruszyłem do samochodu.
Teraz pytanie... jechać do siebie czy do Chestera ?
Pokręciłem głową i ruszyłem do swojego domu. Miałem go na razie dość.
Zdążyłem wejść, a zadzwonił do mnie telefon. Na ekranie wyświetlił się napis "Phoenix"
- Co jest Dave ?
- Jesteś u Chestera ?
- Nie, co chcesz ?
- Masz czas ?
- Powiedzmy - rzekłem odkładając klucze na półkę.
- Okey, będę za kilka minut - rozłączył się.
Czy wy mi dzisiaj dacie święty spokój ? Jeszcze niech on mnie zobaczy w takim stanie. Świetnie !
Poszedłem do kuchni wstawić wodę na kawę.
Gdy oparłem się o blat uświadomiłem sobie, że jestem debilem. Zostawiłem młodego z nie do końca trzeźwym ojcem i zabrałem na dodatek mu samochód, choć z drugiej strony dobrze, że to zrobiłem.
Z rozmyślań wyrwał mnie dzwonek.
Założyłem pilotki - w nich przynajmniej nie widać mi lima.
- Na co ci okulary w domu ?
- Cześć... nie przemęczam wzroku - palnąłem głupotę.
- Niech ci będzie, chodź do salonu.
Dlaczego to David decyduje gdzie mamy iść ?
- Kawy ?
- Z przyjemnością - powiedział.
Starając się nie utykać dotarłem do kuchni i zalałem kawę.
Wziąłem dwa kubki po czym usiadłem w fotelu.
- Zdejmij te okulary głupku - zaśmiał się, a po chwili wyciągnął dłonie w moją stronę. Chwytając pilotki, zdjął je.
- Coś ty zrobił ? - z jego twarzy zniknął uśmiech.
- Wywaliłem się, nie ważne.
- Bennington ci to zrobił ?
Dlaczego wszyscy myślą, że on to zrobił ?! Czy wszyscy prócz mnie wiedzą o tym co jest w stanie zrobić Chester ?!
- Nie, mówię jasno, że się wywaliłem.
- Idealnie jak byś dostał pięścią w twarz ?
- Dobra, tak. Masz rację, to on... ale nie mówmy o tym. Co ode mnie chciałeś ?
Dave zaczął mi wyjaśniać, że musimy datę wyjazdu ustalić. Szczerze czym szybciej tym lepiej. Mam dość siedzenia w jednym miejscu. Wspomniał także o tym aby setliste zrobić na każdy koncert. Oczywiście Shinoda ma się tym zająć...
Dlaczego to my wszystko ustalamy ? Jako jedyni jeśli sobie coś postanowimy, to tak będzie.
Miłą rozmowę przerwał nam telefon. Na ekranie wyświetlił się duży napis "Bennington"
- Odbierz - rzekł Dave.
- Niech spierdala...
Spikey, odbieraj ten telefon. Ja chcę się tylko dowiedzieć czy nic mu nie jest.
Rozłącza się. Cholera !
Ponownie wybieram numer. Nic.
Siadam na kanapie i przecieram twarz dłońmi.
Kurwa facet, odebrałbyś.. wystarczyły by mi słowa typu "Nic mi nie jest" albo "Wszystko w porządku"
- Dobrze się czujesz ? - usłyszałem głos syna.
- Powiedzmy.
- Co jest ?
- Nie mogę się dodzwonić do Mike'a.
- Ehh - westchnął i pojechał do siebie.
Standard, wszyscy kurwa mnie ignorujcie !
- Wychodzę, wrócę późno - rzekłem zamykając za sobą drzwi.
Ruszyłem w stronę domu Michaela. Nie wiem czy to rozsądne ale ja chcę być przy nim. Przeprosić go chociaż.
W połowie drogi rozpadało się. Pięknie, po prostu cudownie.
Wszedłem do sklepu po papierosy oraz aby przeczekać chwilę ulewę.
Uspokoiło się po dobrej godzinie. Nadal padało ale nie była to ściana deszczu.
Wychodząc ze sklepu zapaliłem papierosa, zaciągnąłem kaptur na głowę oraz poprawiłem okulary przeciwsłoneczne.
Dalsza droga ciągnęła się niemiłosiernie...
Z objęć morfeusza wyrwało mnie pukanie do drzwi. Zacząłem zastanawiać się kogo tu niesie w taką pogodę. Na dworze w tej chwili szaleje burza. Wstałem z kanapy po czym pokuśtykałem do drzwi. Przez wizjer nie stwierdzę kogo to niesie, gdyż osoba ma kaptur i spuszczoną głowę.
Nie chcę aby ktoś widział moje piękne limo więc zakrywam je po raz kolejny pilotkami.
Gdy otworzyłem drzwi chciałem je od razu zamknąć ale los chyba chciał abym tą osobę wpuścił do siebie.
Piorun trafił w drzewo, które rośnie u mnie na podwórku. Cholerstwo jest tak wielkie, że gdy zaczęło się łamać wiedziałem, że spadnie na samochód Chestera, to jeszcze na próg.
Wciągnąłem mężczyznę w ostatniej chwili do domu i jak na złość potknąłem się tym samym o buty i upadłem prosto na niego.