sobota, 8 kwietnia 2017

#12

Co się tam stało ? Nie ma mnie w domu zaledwie jeden dzień i już problemy. Szlag by to człowieka trafił. Kończę wiązać buty i już chcę wychodzić, jednak zatrzymuje mnie Shinoda.
- Zapomniałeś czegoś - rzuca we mnie koszulką.
- A, tak. Przyjadę to pogadamy - powiedziałem zakładając ubranie i zbiegłem na dół prosto na parking.
Odkluczyłem pojazd i wsiadłem za kierownice.
Odpalając Chevroleta poczułem jego moc. Bez większego zastanowienia ruszyłem z piskiem opon. Ominąłem chyba każdy korek, po postu zjeżdżałem w uliczki gdzie by nikt nie chciał jeździć i w myślach powtarzałem sobie, że musze tam dojechać cały i nie mam na dodatek czasu.
Parkuję przed wejściem i z przyzwyczajenia chciałem zamknąć samochód pilotem. Nic się nie zaświeciło... po chwili zorientowałem się, że on nie ma automatycznego zamykania.
Wsadziłem klucz w otwór i przekręciłem.
Teraz mogę udać się do budynku.
Oczywiście jak na złość zgraja reporterów przed salą... pewnie tam jest Sebastian.
- Bennington, przyszedłem do syna - mówię w recepcji.
- Proszę - wskazała na tłum ludzi.
Kurwa.. dlaczego ?
Po cholerę ich aż tylu ?
Dobra Chester, głowa w dół, z bara i wchodzisz do pomieszczenia. To najrozsądniejsza myśl jaka przyszła mi do głowy więc tak uczyniłem. Wyszło to na jakieś osiemdziesiąt procent.
- Gdzie pan był ?!
- Co znaczył pocałunek pana i Shinody ?!
- Ucieczka ?!
- Czuje się pan winny ?!
Tona pytań na którą po prostu nie mam czasu.
Wpadłem wręcz do sali, gdyż przypadkowo nadusiłem łokciem na klamkę, bez większego zastanowienia zamknąłem drzwi.
Patrzę na Sebastiana i zauważam, że śpi, choć on zwykle oszukuje w tych kwestiach.
Do pomieszczenia udało się wejść lekarzowi.
Muszę podpisać zgodę na hospitalizację.
- Mogę wiedzieć co się stało ? - pytam od razu.
- Było włamanie, jeden z dziennikarzy chciał zajrzeć od tyłu i zobaczył wybitą szybę oraz chłopaka leżącego na ziemi.
Wziąłem długopis w lewą dłoń i złożyłem podpis.
- Ile tu będzie musiał zostać ?
- Dwa dni, gdyż miał lekki wstrząs mózgu.
- Dziękuję za informacje - rzekłem, a lekarz tylko skinął głową i wyszedł.
- Dzięki, że w końcu się mną zainteresowałeś...
- Interesuję się, ale nie mam na wszystko czasu.
- Jasne... - odwracam się do niego.
- Słuchaj, chce jak najlepiej, wiem, że mi to nie wychodzi ale przynajmniej żyjesz - warczę.
- Wolałbym nie... - usłyszałem cichy głos. Zamknąłem oczy i zacisnąłem zęby, nigdy nie chciałem aby tak powiedział, to był dla mnie jeden z najboleśniejszych ciosów.
- Sebastian..
- Wyjdź, zostaw mnie. Nawet nie musisz przyjeżdżać w dzień wypisu. Po prostu mam cię dość.
Wiem, że nie dojdę z nim do porozumienia więc  spełniam jego życzenie...

*Mike*
Po wyjściu Chestera, czekałem może dziesięć minut na zjawienie się Phoenixa, który rzucił we mnie gazetą.
- Dumny jesteś ? - powiedział siadając zły na kanapie.
- O co ci chodzi ? - marszczę brwi patrząc na pierwszą stronę, gdzie widnieje moje zdjęcie jak całuję Chaza.
- Wiesz, że jak Brad to zobaczy, to was chyba rozszarpie, prawda ?
No tak, Delson nienawidzi homoseksualistów, a ja przed nim ukrywam, to już wiele lat. On Benningtonowi nie podskoczy ale ja jestem praktycznie bezbronny. Nie mam nic na swoją obronę.
Gdy wybiła dziewiąta zjawili się wszyscy, wszyscy oprócz Chestera.
- Mike, gdzie on jest ? - do moich uszy dochodzi głos Joego.
- Mówił, że się dzisiaj spóźni. Coś ważnego mu wypadło.
- Ile go niby nie będzie ?
- Sądzę, że godzinka mu zejdzie.
***
Godzina, jasne... minęły już trzy a ja stoję nad klawiszami zasłaniając dzisiejszą gazetę rękoma i patrząc w głupi ekran telefonu.
Dzwonie do niego po raz dziesiąty jednak od razu odzywa się poczta głosowa.
Zaczynam się denerwować. Patrzę na zdjęcie wykonane przed salonem Chevroleta i uśmiecham się mimowolnie. Cholera !
Niech on już przyjedzie.
Wychodząc z pomieszczenia był bardzo zdenerwowany i rozkojarzony, a co jeśli spowodował jakiś wypadek, albo coś mu się stało ?
Nie mam bladego pojęcia gdzie on może być.
Telefon Chaza ma mnie w dupie i każde kolejne połączenie kończy się tym samym. "Bennington, zostaw wiadomość"
Przynajmniej mogę usłyszeć jego głos.
- Odebrał w końcu ? - pyta Farrell podchodząc do mnie. On jako jedyny chyba wie jak się teraz czuję.
Kiwam przecząco głową.
- Może czas się zbierać i zrobić sobie wolne ? - wtrącił się Brad.
- Chcesz, to jedź w razie czego damy ci znać - powiedział Robert z lekkim uśmiechem.
- Trzymajcie się ! - po tych słowach wyszedł, a moje emocje coraz bardziej się mieszały.
Walczyłem z uczuciami.
- O co chodzi, co tak stoisz i do niego wydzwaniasz ? - pyta Koreańczyk.
Nie ma Bradforda więc mogę pokazać im dzisiejszą gazetę. Biorę ręce i opadam na kanapę.
Kolejna godzina mija na rozmyślaniach.
Na prawdę zaczynam się bać. Joe z Robem milczą, a Dave chodzi po pomieszczeniu zastanawiając się co robić.
- Chodź - słyszę głos rudego.
- Jedziemy go szukać, nie mogę na ciebie patrzeć.
Przymknąłem oczy i wstałem aby iść za nim.
- My pojedziemy w drugą stronę, może go znajdziemy - rzekł Bourdon.
- Ostatnio widziałeś go...
- W studio, dałem mu klucze do samochodu i gdzieś pojechał.
- Wiesz może gdzie ?
- Wydawał się zdenerwowany, pytał co się stało, może do szpitala, nie wiem... nie myślę już stary.
Wiedziałem, że Dave tam pojedzie. Ja całą drogę milczałem i patrzyłam przez okno albo na ekran telefonu licząc na to, że w końcu się odezwie, tyle czasu go nie ma..
Pod budynkiem nie ma mojego samochodu, czyli jego też tutaj nie będzie.
Ruszyliśmy w dalszą podróż. Kolejny przystanek... jego dom, jednak tutaj też pusto.
Nagle dzwoni mi telefon, już ucieszony chciałem odebrać ale na ekranie wyświetlił się "Joe".
- Co, znaleźliście go ? - wymruczałem.
- Niestety ale nie, może czas zgłosić, to gdzieś... - Hahn raczej nie jest zafascynowany jazdą po mieście.
- I tak nic nie zrobią, musi minąć dwanaście jebanych godzin aby zadziałali ! - krzyczę, gdyż nie wytrzymuję tego wszystkiego i się rozłączam.
- Dave, zawieź mnie do domu, chcę być sam, proszę... - mówię obojętnie, patrząc przed siebie.
Farrell, bez zbędnych pytań spełnia moją prośbę.
- W razie czego dzwoń - wzdycha lekko się uśmiechając kiedy docieramy na miejsce.
Kiwam tylko głową i idę do budynku.
Pustka.. nie ma nikogo. Jestem tylko ja i moje myśli, myśli, które nie dają mi żyć.
Zakluczam drzwi i odkładam klucze na półkę.
Potrzebuję jakiejś mocnej kawy...
W tym celu wchodzę do kuchni i wstawiam wodę.
Podpieram się łokciami o blat oraz spoglądam przez okno.
Gdzie ty idioto się podziewasz...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz